Lena i Kacper patrolują Krainę Zębów, gdy w cieniu Trzonowych Wież zaczyna się poruszać coś, co może należeć do Plakusa.
Kraina Zębów istniała tuż pod powierzchnią uśmiechu, niewidoczna dla tych, którzy patrzyli zbyt pobieżnie. Za dnia tłumiła odgłosy codzienności, nocą zaś słyszało się w niej każdy trzask szkliwa, każdy szept wiatru i każdy niepokojący szmer między murami.
Tego wieczoru Lena i Kacper stali na straży sami. Księżyc przesuwał się nisko nad dziąsłowym wzgórzem, a na białych basztach Zębokróla migotała wilgoć jak cienka warstwa świeżego oddechu. Lena naciągnęła srebrny płaszcz, poprawiła chwyt na szczoteczce-mieczu i sprawdziła ostrze włókien. Kacper wcisnął do kieszeni ostatnią marchewkę i spojrzał w ciemność bez słowa.
Od tygodni krążyły pogłoski o Plakusie. Miał wślizgiwać się w najmniejsze szczeliny, tam, gdzie nie docierała nić dentystyczna, i zostawiać po sobie lepki ślad ciszy. Nikt nie mówił tego głośno, ale jeśli rzeczywiście zdołałby dostać się do Trzonowych Wież, cała kraina mogłaby zacząć pękać od środka.
Lena ruszyła pierwsza po szkliwistym moście. Pod ich stopami powierzchnia była gładka i zimna, zbyt cicha jak na tę porę nocy. Wtedy oboje usłyszeli chichot, stłumiony, niemal mokry. Z trzynastego zęba błysnęła ciemna szczelina, której wcześniej tam nie było. Kacper zwolnił krok.
– Widzisz to? – szepnął.
Nie zdążyła odpowiedzieć. Z ciemności wynurzył się cień, wysoki i wąski, jakby zlepiony z nocnego osadu. Przesunął się tuż przy szczelinie i odezwał głosem suchym jak łamany szkliwo:
– Kto odważy się wejść do mojej dziury?