Nocny pociąg do Arkadii

Spontaniczna nocna podróż czwórki przyjaciół do Arkadii szybko zamienia się w coś więcej niż weekendową ucieczkę. Im bliżej celu, tym mniej pewne staje się to, dokąd naprawdę jadą.

Za oknem wagonu noc powoli pożerała resztki fioletowego zmierzchu, a szyba odbijała blade twarze czwórki przyjaciół. Lena trzymała kubek kawy oburącz, jakby to on miał utrzymać ją w pionie. Mikołaj rozparł się przy oknie, z czołem opartym o chłodną szybę. Iga świeciła ekranem telefonu na książkę, udając, że czyta. Bartek od dziesięciu minut powtarzał, że ten wyjazd to katastrofa w fazie planowania.

Nie mieli wielkiego planu. Wystarczył pierwszy wolny weekend, bilet kupiony niemal z kaprysu i nazwa, która od lat brzęczała im w głowach: Arkadia. Na uczelni krążyły o tym mieście historie pół żartem, pół szeptem. Że nie trafia na wszystkie mapy. Że jego rozkłady zmieniają się bez ostrzeżenia. Że niektóre osoby wracają z niego z czymś, czego wcześniej w sobie nie miały, a inni w ogóle nie wracają.

Na początku pociąg był prawie pusty. Przez kilka godzin słyszeli tylko stukot kół, ciche rozmowy i własny śmiech, zbyt głośny jak na noc. Potem po północy zgasły światła. Wagon zalał mrok tak gęsty, że twarze przyjaciół stały się ledwie zarysami. Wtedy skrzypnęły drzwi i do przedziału weszła stara kobieta z psem. Przystanęła tylko na sekundę, spojrzała na nich spod siwych włosów i zapytała szeptem: — Wiecie, którędy prowadzi droga do Arkadii? — Nie czekając na odpowiedź, ruszyła dalej. Pies minął ich bezszelestnie, zostawiając na podłodze srebrny pył na łapach.

Iga podniosła telefon, ale ekran był martwy. Za szybą mignęły światła, których nie powinno tam być, a przez ciemność przebiegł cień czegoś, co przypominało ruiny albo wysokie bramy. Bartek otworzył usta, żeby rzucić żartem, lecz zamilkł, zanim zdążył cokolwiek powiedzieć. Pociąg szarpnął tak gwałtownie, że Lena niemal wylała kawę. Po chwili rozległ się głos z głośnika, spokojny i zbyt wyraźny: — Pasażerowie do Arkadii proszeni są o przygotowanie biletów. Drzwi otworzą się tylko raz.

Mikołaj ścisnął dłoń Leny tak mocno, że aż zabolało. Przez okno nie było już widać zwykłych torów, tylko czarną pustkę i niewyraźny zarys peronu. Pociąg zwalniał. A z drugiej strony drzwi, tuż za cienką ścianą wagonu, rozległ się szept, tak cichy, że prawie go nie było, i tak obcy, że nikt nie odważył się odezwać pierwszy.