Nika i Eryk trafiają do niezwykłego cyrku, który rozbłysnął przy starym lesie. Po północy wydarza się tam coś, czego nie widzi żaden widz.
Cyrk Luna stanął na skraju starego lasu w noc, gdy burza przetoczyła się nad miasteczkiem jak ogromny, ciemny bęben. Kiedy rankiem wyszło słońce, na łące migotały jeszcze mokre od deszczu lampiony, czerwone, złote i niebieskie, jakby ktoś zawiesił nad trawą garść gwiazd. Nika i Eryk patrzyli na nie z okna kuchni tak długo, aż mama powiedziała, że jeśli dalej będą się tak wiercić, to śniadanie wystygnie całkiem.
W ich miasteczku naprawdę nigdy nic się nie działo. Dlatego wiadomość o cyrku rozniosła się szybciej niż zapach świeżych bułek z piekarni. Już przed południem dzieci z całej ulicy biegły w stronę łąki, wymieniając się plotkami: że będą magicy, że żonglerka ma być tak szybka, iż piłki znikną w powietrzu, a najważniejsza atrakcja to papuga Kapitana Elfa, mądrzejsza podobno od niejednego dorosłego.
Eryk, starszy od Niki o dwa lata, od razu uznał, że to wydarzenie dla ludzi z wyobraźnią. A ponieważ uważał, że ma jej więcej niż inni, zaraz przy śniadaniu nachylił się do siostry i powiedział półgłosem:
— Słyszałem coś lepszego. W tym cyrku po północy zaczynają się dziwne rzeczy.
Nika uniosła wzrok znad kubka kakao.
— Jakie dziwne?
— Podobno zwierzęta rozmawiają. A namiot potrafi urosnąć aż pod chmury.
Parsknęła śmiechem, ale w brzuchu poczuła przyjemne ukłucie. Eryk zawsze przesadzał, jednak tym razem mówił zbyt cicho, zbyt poważnie, jakby sam nie był pewien, czy żartuje. Nika spojrzała przez okno na dalekie lampiony. Nawet z tej odległości wydawały się poruszać, choć wiatr dawno ucichł.
Tego wieczoru rodzice zabrali ich na pierwszy pokaz. Przy wejściu pachniało watą cukrową, popcornem i mokrą ziemią. Namiot drżał od śmiechu i oklasków. Magik wyciągnął z kapelusza białego gołębia, a potem całe stado kolorowych motyli, które zatańczyły nad głowami widzów jak żywe konfetti. Klaun Miro nie tylko znikał w cieniu własnego nosa, ale wracał z niego z zupełnie inną miną, przez co dzieci piszczały ze śmiechu jeszcze długo po jego ukłonach.
Nika klaskała razem z innymi, lecz co chwila zerkała w stronę czarnej zasłony za areną. Eryk robił to samo. Coś w Cyrku Luny nie dawało im spokoju. Jakby za każdym uśmiechem kryło się drugie dno, a pod kolorowymi światłami czaił się sekret, którego dorośli w ogóle nie zauważali.
Kiedy wrócili do domu, rodzice zasnęli niemal od razu. W pokojach panowała cisza, tylko zegar w kuchni stukał uparcie, jakby odliczał minuty do czegoś ważnego. Nika leżała w łóżku i wpatrywała się w sufit, aż w końcu usłyszała w oknie trzy krótkie puknięcia.
Eryk stał już na parapecie z butami w ręku.
— Jeśli chcesz poznać sekret, to teraz — szepnął.
Wymknęli się na dwór przez okno, ostrożnie jak koty. Trawa była chłodna i mokra, a w oddali cyrk świecił samotnie pośród ciemności. Im byli bliżej, tym bardziej wszystko milkło: świerszcze, wiatr, nawet własny oddech.
Na środku areny stał namiot, którego po południu tam nie było. Wysoki, wąski i ciemny jak cień po burzy. Jego płótno falowało lekko, choć powietrze stało nieruchomo. Z wnętrza dochodziły szept i cichy śmiech, tak bliski, jakby ktoś stał tuż po drugiej stronie materiału.
Nika ścisnęła rękę brata. W tej samej chwili w szczelinie przy wejściu przemknął żółtawy blask, a zaraz potem coś małego i szybkie jak iskra wysunęło się na zewnątrz i zniknęło między kurtynami.
Rodzeństwo zamarło.
Namiot drgnął raz jeszcze, jakby właśnie się obudził.