Na dzikich obrzeżach starego lasu wilki i ludzie muszą zbliżyć się do tajemnicy, która zaczyna pękać w ciemności i grozi obu stronom.
Noc na pograniczu Lasu Równonocy nie miała w sobie spokoju. Była ciężka, czujna, jakby coś pod korzeniami drzew oddychało zbyt płytko, zbyt blisko powierzchni. W srebrnym półmroku Fen przeciskał się między paprociami, młody wilk o jasnym futrze, którego bok przecinał cień od gałęzi starych świerków. W pysku niósł pióro sowy, ostrożnie, prawie z szacunkiem, jakby trzymał nie podarek, lecz znak. Obok szła Lira, napięta i gotowa do skoku, z uszami położonymi płasko, a każdy jej krok mówił wyraźniej niż słowa, że nie ufa nikomu poza własnym nosem.
Za omszałym głazem, w miejscu, gdzie ścieżka urywała się nagle przed polaną, klęczała Aśka. Warkocz miała przewieszony przez ramię, kurtkę starą i przetartą na łokciach, a glany umazane błotem. Przyszła tu jeszcze przed świtem, kiedy las wydawał się tylko ciemną plamą na końcu świata. Została do nocy, bo dopiero wtedy las zaczął mówić. Nie głosem człowieka, nie ptasim krzykiem, nie trzaskiem gałęzi. Czymś pomiędzy. Czymś, czego nie dało się pomylić z niczym innym.
Od kilku dni znikali mieszkańcy lasu. Sarny nie wracały do zarośli. Lisie nory pozostawały puste. Nawet wiatr zdawał się omijać niektóre miejsca, jakby bał się wejść głębiej. A nad koronami drzew pojawiały się blade światła, zimne i nieruchome, wiszące nad czernią jak obce oczy. Babcia Aśki mówiła kiedyś, że las potrafi cierpliwie czekać, ale gdy zaczyna brać, nie bierze byle czego.
Teraz Fen i Lira prowadzili ją pod stary dąb, którego konary rozchylały się szeroko nad polaną niczym ramiona kogoś, kto chce ochronić albo zatrzymać. Fen położył pióro na ziemi. Jego głos był cichy, lecz nagle brzmiał tak, jakby każde słowo kosztowało go więcej, niż powinno.
Lira syknęła, nie odrywając wzroku od ciemnych krzaków na skraju polany.
Aśka wyprostowała się powoli. W gardle czuła suchość, jak przed burzą. Nie odpowiedziała od razu, bo w tej samej chwili usłyszała coś, czego nie powinna usłyszeć: szept, przeciągły i bliski, chociaż wokół nie było nikogo.
Fen cofnął się o krok. Ziemia pod jego łapami drgnęła lekko, jak napięta skóra.
Wszystko zamarło. Nawet liście przestały szeleścić. Z ciemności po drugiej stronie dębu wyłonił się cień zbyt wysoki, by należeć do wilka, i zbyt cichy, by był człowiekiem. Zatrzymał się tuż przy pniu, a blade światło przesunęło się po jego kształcie tylko na ułamek sekundy.
A potem znów rozległ się ten sam szept, tym razem wyraźniejszy, jakby ktoś stał tuż za ich plecami.