Odcienie Niewidzialności

Siedemnastoletni Leon odkrywa, że potrafi znikać. Razem z Mają trafia na trop tajemniczych zniknięć w szkole, które szybko okazują się czymś znacznie groźniejszym.

Wieczorne słońce wpadało przez wysokie okno sali biologicznej i kładło na podłodze ostre, żółte pasy. Leon właśnie dopisywał ostatnie zdanie w zeszycie, kiedy coś na parapecie przyciągnęło jego wzrok. Leżał tam mały kamyk, gładki, granatowy, z delikatnym połyskiem, jakby ktoś zamknął w nim fragment nocnego nieba.

Maja pochyliła się nad jego ramieniem. Była jedną z tych osób, które zawsze widzą za dużo i za szybko wyciągają wnioski.

To nie była do końca prawda. Kamyk znalazł się w jego kieszeni po dziwnym śnie, który nie chciał go puścić od rana: biegł przez puste miasto, a cienie na ścianach obracały głowy i zdawały się mówić do niego bez słów.

Leon sięgnął po kamyk.

W chwili, gdy dotknęły go palce, przez ciało przeszedł mu lodowaty dreszcz. Z korytarza dobiegał jeszcze śmiech kilku osób, ale nagle ucichł, jakby ktoś zakręcił gałką od dźwięku. W sali zrobiło się nienaturalnie cicho.

Spojrzał na swoje dłonie. Nie widział ich. Odruchowo wstał tak gwałtownie, że krzesło zaskrzypiało o podłogę. Serce podeszło mu do gardła. Maja patrzyła prosto przed siebie, ale jej wzrok przechodził przez niego, jakby stał się pustym miejscem.

Z korytarza rozległ się przeciągły sygnał alarmu. Ktoś krzyknął, tuż za uchylonymi drzwiami:

Maja pobladła. Wyciągnęła rękę i chwyciła powietrze dokładnie tam, gdzie przed chwilą był jego łokieć. Leon poczuł jej palce, ale ona niczego nie mogła wyczuć.

Za oknem błysnęło niebieskie światło. Po szkolnym podwórku przemknęła czarna sylwetka, zbyt szybka, by mogła należeć do zwykłego człowieka.

Leon przełknął ślinę. Jeśli nikt go nie widział, mógł się przemieścić tam, gdzie nikt inny nie miałby odwagi wejść. Wsunął się na korytarz bezszelestnie, a chłód kamyka nadal pulsował mu w palcach.

W pustym skrzydle szkoły unosił się zapach ozonu. Echo jego kroków odbijało się od ścian, choć sam już dawno przestał mieć pewność, czy naprawdę stawia je on. Na końcu korytarza stały uchylone drzwi starej sali komputerowej.

W środku migało słabe, pomarańczowe światło.