Ogród Szeptów i Portalów

Ada i Janek wchodzą do zapomnianego ogrodu na skraju miasta i odkrywają portal, który otwiera przejście do obcego świata. Zanim zdążą się wycofać, coś zaczyna ich śledzić.

O ogrodzie na skraju miasta krążyły tylko urywki opowieści: że kiedyś należał do kogoś, kto znał się na roślinach bardziej niż na ludziach, że po wojnie nikt już o niego nie dbał, że nocami słychać tam szelest, choć nie ma wiatru. Ada i Janek długo traktowali to jak miejscową legendę, aż w końcu sami stanęli przed rdzewiejącą furtką, której nikt nie zamknął do końca.

Za nimi został hałas ulicy, mokry asfalt i cały ciężar tygodnia, którego nie udało im się domknąć razem z notatkami na uczelni. W środku panowała chłodna, lepka cisza. Paprocie rosły tak gęsto, jakby ktoś celowo zagrodził nimi drogę. Ada szła pierwsza, z tą niepokojącą pewnością ludzi, którzy za bardzo wierzą w rzeczy niemożliwe. Janek podążał pół kroku za nią, udając spokój, ale co chwila spoglądał na drzewa, jakby spodziewał się, że zaraz ktoś wyjdzie im naprzeciw.

Najdziwniejsze było to, że ogród nie sprawiał wrażenia opuszczonego. Pachniał wilgotną ziemią, mchem i czymś jeszcze, metalicznie chłodnym, jak powietrze przed burzą. Dopiero przy starym dębie Ada zwolniła. Kora była popękana w regularne linie, jakby ktoś wyżłobił w niej znak albo alfabet, którego nikt już nie pamiętał. Między korzeniami pulsował blady, niebieski krąg. Nie świecił. Oddychał.

Ada przykucnęła i ostrożnie musnęła palcem jego powierzchnię. Przez ogród przeszedł drgający szept, tak cichy, że bardziej czuło się go w skórze niż słyszało. Janek złapał ją za nadgarstek zbyt późno. Światło skoczyło, pękło na krawędziach i rozlało się szerzej, aż przed nimi otworzyło się przejście. Po drugiej stronie majaczyło miasto, ale nie takie, jakie znali: smukłe wieże błyszczały jak szkło, w powietrzu unosiły się nieruchome kształty, a nad wszystkim wisiała dziwna, srebrna poświata.

Ada spojrzała na Janka, już bez śladu żartu w oczach. Zanim zdążyli cokolwiek powiedzieć, za ich plecami trzasnęła sucha gałąź. Oba oddechy zacięły się w gardłach. W gęstwinie coś poruszyło się powoli, jakby wiedziało dokładnie, że oni właśnie patrzą w złą stronę.