Oko Odyna

W skandynawskim fiordzie młody Bjorn rusza w stronę zakazanego lasu, gdzie czeka coś starszego niż pamięć wioski i bardziej niepokojącego niż zimowa noc.

Szare niebo zwisało nisko nad Henesfjordem, jakby samo chciało przygnieść wodę i skały do ziemi. Fale biły o brzeg z głuchym hukiem, a w osadzie Skogheim trwały ostatnie przygotowania przed zimą: beczki z suszonymi rybami ustawiano pod ścianami długich domów, topory szły po osełkach, a dym z palenisk wciskał się w powietrze ciężkie od soli i wilgoci.

Tego wieczoru jednak nikt nie miał ochoty na zwykłe opowieści przy ogniu. Głosy milkły szybciej niż zwykle, jakby każdy z obecnych słyszał w ciszy coś, czego nie potrafił nazwać. Tylko sowa odzywała się z ciemności, a wiatr szarpał dachy i zasłony ze skóry.

Bjorn siedział z boku, obracając w palcach amulet wilka, który dostał po ojcu. Miał w sobie tę niepokojącą mieszankę młodości i uporu, która nie pozwalała mu zadowolić się odpowiedzią „bo tak trzeba”. Sven proponował nocny połów, ale Bjorn wymówił się bólem głowy. Prawda była prostsza i gorsza: las na północ od osady wzywał go od tygodni.

Nie wolno tam chodzić, powtarzała matka. Nie wolno, bo pośród tych drzew słońce gaśnie wcześniej niż gdziekolwiek indziej. Starsi mówili o dziwnych odgłosach po zmroku, o śladach, które pojawiały się na śniegu i znikały bez wyjaśnienia. Bjorn nie wierzył w opowieści, ale znalazł przy skraju gęstwiny czarne pióra i drobne kości, jakby ktoś rozsypał tu resztki obcej ofiary. To wystarczyło, by ciekawość zaczęła w nim rosnąć jak choroba.

Kiedy osada pogrążyła się w ciszy, Bjorn wstał bezszelestnie, narzucił futro na ramiona i schwycił siekierę. Noc była jasna tylko z pozoru; śnieg odbijał bladą poświatę księżyca, ale ścieżka ku północy wchłaniała światło, jakby ziemia tam była czarniejsza od smoły. W lesie nie było słychać ptaków. Tylko jego własny oddech i trzask zamarzniętych gałązek pod butami.

Im głębiej wchodził między drzewa, tym gęstsza stawała się mgła. Po obu stronach ścieżki leżały ślady, świeże i niepokojąco równe, jakby ktoś szedł przed chwilą, ale nie zostawił po sobie ciepła. Bjorn zwolnił. Miał nagłe, wyraźne poczucie, że nie jest sam. Coś patrzyło z ciemności między pniami, cierpliwie, bez ruchu.

Wtedy usłyszał szept. Nie był to głos człowieka. Bardziej obietnica niż słowo, zimna i cicha, a jednak pewna siebie. Jak wezwanie, któremu trudno było się oprzeć.

Polana otworzyła się nagle przed nim, szeroka i pusta, jak wycięta z lasu ręką olbrzyma. Pośrodku stało samotne, stare drzewo o powykręcanych konarach. Na jednej z gałęzi siedział kruk i patrzył prosto na Bjorna z taką uwagą, jakby rozpoznawał go od dawna. W jego oku błysnęło niebieskie światło.

Bjorn uniósł głowę, a mgła zaczęła wirować wokół polany. Z mroku wyłonił się zarys ruin: niskie mury, zwalone kamienie, wybielone przez mróz runy, których nikt w Skogheim nie chciał umieć odczytać. To miejsce nie było opuszczone. Było ukryte.

Za jego plecami rozległy się kroki. Powolne. Ostrożne. Zbyt bliskie.

Ziemia pod stopami Bjorna zadrżała, jakby coś głęboko pod śniegiem właśnie się przebudziło.