Operacja Zaginiona Skarpetka

Czworo współlokatorów z kamienicy przy Imbrykowej 8 rusza na nocne śledztwo w sprawie zaginionej skarpetki. W mieszkaniu szybko pojawiają się ślady, których nikt nie potrafi wyjaśnić.

W kamienicy przy ulicy Imbrykowej 8 deszcz potrafił tłuc w okna tak długo, aż człowiek zaczynał słyszeć w nim własne myśli. W mieszkaniu pod numerem cztery ten efekt był szczególnie dokuczliwy, bo mieszkali tam ludzie, którzy zbyt łatwo zamieniali zwykły wieczór w coś na granicy żartu i katastrofy: Daria, studiująca filozofię i uzbrojona w sarkazm ostrzejszy niż kuchenny nóż; Tomek, informatyk od wszystkiego, co migocze, piszczy i nagle przestaje działać; Basia, artystka z wiecznie chłodnym kubkiem herbaty i poczuciem humoru bez hamulców; oraz Andrzej, fan starych filmów, nowych teorii i własnych, zwykle kiepskich puent.

Tego wieczoru wszyscy rozłożyli się w salonie z minami ludzi, którzy mieli już dość świata, ale jeszcze nie dość siebie nawzajem. Kiedy Andrzej podniósł się z kanapy z taką miną, jakby właśnie odkrył spisek na skalę co najmniej państwową, Daria nawet nie oderwała wzroku od książki.

"Mojej skarpetki nadal nie ma" - oznajmił Andrzej. - "Tylko nie mówcie, że to normalne. Ta z Batmanem. Moja ulubiona. Zniknęła bez śladu."

Basia parsknęła śmiechem. "Może ktoś uznał, że należy ją ratować przed tobą."

"To nie jest śmieszne" - odparł Andrzej z urazą starannie dawkowaną na potrzeby dramatycznego efektu. "W tym mieszkaniu znikają rzeczy. Najpierw pilot, potem jedna łyżka, teraz skarpeta. To już nie jest bałagan. To jest fabuła."

Tomek uniósł głowę znad laptopa. "Brzmi jak awaria systemu. Albo kocia organizacja przestępcza. Nie wykluczałbym obu wersji."

Daria zamknęła książkę i spojrzała na nich znad okularów. "Skoro mamy kryzys, to może przynajmniej zróbmy z niego coś użytecznego. Proponuję śledztwo. Bez paniki, bez oskarżeń i bez zaglądania pod rzeczy, których nikt potem nie będzie chciał dotykać."

Andrzej wyprostował się natychmiast. Z szuflady przy wejściu wyciągnął latarkę, jakby czekał na ten moment od dawna. "Oficjalnie ogłaszam: Operacja Zaginiona Skarpetka zaczyna się teraz. Każdy bierze latarkę. I kapcie. W przeciwnym razie tropy zostaną zdeptane przez cywilizację."

W pięć minut salon wyglądał jak prowizoryczna baza dochodzeniowa połączona z tragicznym archiwum paragonów. Na odwrocie starego rachunku Daria rozrysowała plan mieszkania, Tomek rozpisał sektory po swojemu, Basia dodała strzałki, które niczego nie wyjaśniały, ale wyglądały podejrzanie profesjonalnie, a Andrzej nalegał, żeby każdy dostał rolę. Kuchnia. Łazienka. Pokój Basi. Korytarz. "Najpierw rzeczy oczywiste" - powiedziała Daria. - "Potem nielogiczne."

Basia jako pierwsza weszła do swojego pokoju i zatrzymała się w pół kroku. Na podłodze, tuż przy łóżku, ktoś albo coś zostawiło kilka zielonych drobinek brokatu, ułożonych w wąski ślad prowadzący w stronę szafy.

"Hej" - odezwała się ciszej, niż zwykle pozwalał jej temperament. "Czy ktoś z was chodzi po moim pokoju w butach, które świecą się jak choinka po przejściach?"

Z kuchni dobiegł nagły huk, potem stłumione przekleństwo Tomka. "Mam coś gorszego" - zawołał. "Ktoś zostawił otwarty dżem, a teraz na półce siedzi... nie wiem, co to jest, ale patrzy na mnie jak właściciel lokalu."

Andrzej ruszył w stronę korytarza i nagle przystanął. W półmroku między drzwiami łazienki a salonem poruszył się cień. Krótko, nerwowo, jakby coś małego właśnie przemknęło tuż przy podłodze. Potem błysnęło coś białego, zniknęło za framugą i zostawiło po sobie tylko cichy szelest.

"To nie jest możliwe" - szepnął Andrzej, ściskając latarkę tak mocno, jakby od niej zależało wszystko. "Powiedzcie mi, że to nie była... skarpeta."

Z łazienki dobiegł głuchy trzask.

A potem bardzo wyraźnie, spod zamkniętych drzwi, rozległo się krótkie, obce i zdecydowanie niepokojące: pac.