Operacja: Znikające skarpetki

W internacie ktoś systematycznie kradnie skarpetki. Mateusz, Kuba, Sandra i Wera zaczynają śledztwo, które szybko robi się coraz dziwniejsze.

Mateusz obudził się z uczuciem, że poniedziałek postanowił go osobiście upokorzyć. Łóżko w pokoju 311 skrzypnęło pod nim tak żałośnie, jakby samo miało dość tego internatu. Na biurku leżał matematyczny zeszyt, na krześle bluza, a na podłodze jedna czarna skarpetka. Druga zniknęła.

To nie był pierwszy raz. Właściwie od kilku dni znikały mu skarpetki z taką regularnością, jakby ktoś prowadził wobec nich prywatną wojnę. Nie buty, nie koszulki, nie ładowarka od telefonu. Tylko skarpetki. Zawsze jedna sztuka, zawsze ta druga, zawsze najbardziej potrzebna, kiedy człowiek już prawie wychodził na zajęcia i musiał udawać, że asymetria to świadomy wybór.

Kuba, jego współlokator, siedział na swoim łóżku i obserwował go z rozbawieniem, jakby oglądał szczególnie tani serial.

Mateusz otworzył szufladę, zajrzał pod łóżko, potem do plecaka, jakby skarpetka mogła się nagle objawić z poczucia winy.

Sprawa przestała być żartem dopiero wtedy, kiedy Sandra i Wera, mieszkające piętro wyżej, przydreptały po lekcjach z własnymi doniesieniami. Sandra twierdziła, że u niej zniknęły trzy skarpetki w tydzień, zawsze po praniu. Wera przysięgała, że widziała na korytarzu coś białego, puchatego i poruszającego się z podejrzaną pewnością siebie. W internacie, gdzie nuda była walutą, a plotka potrafiła rozrosnąć się szybciej niż pleśń w łazience, to wystarczyło, żeby rozpocząć Operację: Znikające Skarpetki.

Każdy miał swoją teorię. Mateusz obstawiał nauczyciela WF-u, bo od kiedy w siłowni pojawiły się nowe szafki, liczba zaginięć wzrosła. Sandra była pewna, że winny jest kot wychowawcy, rozleniwiony, wielki i absolutnie zdolny do wszystkiego. Wera uważała, że ktoś po prostu buduje prywatną kolekcję skarpetek, co brzmiało absurdalnie, ale w ich internacie niewiele rzeczy było naprawdę niemożliwych.

Plan powstał w pięć minut i od początku pachniał katastrofą. Kuba pożyczył telefon, który i tak od kilku dni nadawał się głównie do nagrywania filmików i sprawdzania, czy internet jeszcze żyje. Sandra przygotowała pułapkę z kawałkiem topionego serka, bo uznała, że jeśli faktycznie działa tam kot, to nikt rozsądny nie będzie mu się chciał przeciwstawić. Wera narysowała mapę korytarza i zaznaczyła na niej miejsca wcześniejszych „zaginięć” czerwonym flamastrem, przez co wszystko wyglądało bardziej jak dochodzenie kryminalne niż szkolna paranoja.

Noc przyszła zbyt szybko. Internat przycichł, jakby ktoś przykręcił dźwięk całemu budynkowi. Z oddali dochodziło tylko sporadyczne trzaśnięcie drzwi i czyjeś stłumione chrapanie za ścianą. Czujnik w telefonie Kuby migał na czerwono, a czwórka śledczych siedziała w ciemnym kącie korytarza, próbując nie wydawać z siebie ani jednego głupiego dźwięku. Sandra w zielonej maseczce i z latarką wyglądała bardziej jak zjawisko paranormalne niż człowiek, a Mateusz coraz częściej zastanawiał się, czy to jeszcze zabawa, czy już początek czegoś, o czym nikt przy zdrowych zmysłach nie chciałby opowiadać przy śniadaniu.

Minęła północ. Potem jeszcze kilka minut. Już prawie wszyscy zaczęli przysypiać, kiedy z końca korytarza dobiegł szelest. Najpierw cichy, potem wyraźniejszy, jakby coś miękkiego ocierało się o podłogę. Chwilę później rozległ się głuchy trzask, a zaraz po nim bardzo ciche miauknięcie.

Kuba ściszył oddech i spojrzał na ekran telefonu.

Na nagraniu pojawił się cień. Nie zwierzęcy. Nie do końca ludzki. Ktoś albo coś wychyliło się zza drzwi łazienki, po czym zniknęło tak szybko, jakby wiedziało, że zostało zauważone.

W tej samej chwili drzwi na końcu korytarza uchyliły się powoli od środka.