Maja, Filip i Lena wchodzą nocą do Lasu Ciszy, by sprawdzić miejską legendę. W ciemnościach coś zaczyna odpowiadać na ich ukryte lęki i niewypowiedziane emocje.
Las Ciszy za dnia nie wyglądał groźnie. Zwykłe drzewa, zwykły cień, zwykły szelest liści. Dopiero po zmroku ludzie milkli przy jego granicy, jakby sama nazwa działała jak ostrzeżenie. „W Lesie Ciszy najpierw znika głos, a potem spokój” — mówiono. Nikt nie umiał wyjaśnić, co to znaczy, ale wszyscy powtarzali to szeptem.
Maja, Filip i Lena mieli po szesnaście lat i dokładnie tyle samo powodów, żeby tamtej wrześniowej nocy nie iść do lasu. A jednak szli. Pełnia wisiała nisko nad miastem, blada i zimna, kiedy przeprawili się przez stary ogród od dawna odgrodzony od ścieżki spróchniałym płotem. Filip próbował żartować, lecz śmiech zgasł mu szybciej, niż się pojawił. Lena zacisnęła dłonie w rękawach bluzy. Maja szła pierwsza, choć czuła, że serce bije jej zbyt głośno, jakby chciało ostrzec ich wszystkich.
Im głębiej wchodzili między drzewa, tym mniej przypominało to zwykły las. Powietrze stawało się cięższe, a ciemność gęstniała wokół nich tak, jakby ktoś powoli zamykał nad nimi drzwi. Ich kroki brzmiały obco, zbyt wyraźnie. Zza pni dobiegał cichy szmer, niepodobny ani do wiatru, ani do liści. Filip nagle przystanął. Odwrócił się do nich z twarzą bladą w księżycowym świetle.
— Słyszycie to? — zapytał.
Nikt nie zdążył odpowiedzieć. Wtedy między drzewami coś się poruszyło. Z ciemności wysunęła się dziewczyna w srebrnym świetle księżyca, z ciemnymi oczami i włosami jasnymi jak popiół. Stała nieruchomo, jakby czekała właśnie na nich. Maja poczuła nagły, dziwny ucisk w gardle, jakby ktoś dotknął czegoś, co od dawna było w niej zamknięte. Dziewczyna spojrzała kolejno na każde z nich, a potem bardzo cicho powiedziała:
— Nie powinniście byli przynosić tu tego, co ukrywacie.