Ostatni dzwonek w Liceum Gorzelniczym

Ostatni tydzień szkoły wymyka się spod kontroli. W korytarzach Liceum Gorzelniczego krąży wiadomość, która prowadzi Magdę, Michała i Dawida do starej sali gimnastycznej.

Czerwcowe światło wpadało do Liceum Gorzelniczego w Starych Chojnach przez matowe, zakurzone szyby i rozlewało się po korytarzach blado, jakby samo budynek miał już dość tego roku szkolnego. Wszyscy byli spóźnieni na coś ważnego: maturzyści na własną przyszłość, młodsi na ostatnie sprawdziany, nauczyciele na święty spokój, którego i tak nikt nie dostał.

Pod tablicą ogłoszeń spotkali się Magda, Michał i Dawid z IVc. Nad ich głowami wisiał wielki plakat zapowiadający „Noc Ostatniego Dzwonka”, przyklejony krzywo, jakby ktoś w pośpiechu chciał przykryć czymś gorszym własny niepokój.

— W tym roku muszą się postarać bardziej niż zwykle — powiedziała Magda, poprawiając ciemne włosy i zerkając na mijających ich nauczycieli.

Michał parsknął cicho. — W zeszłym roku wystarczył jeden głośnik w chemicznym i pół szkoły uciekło przed dyrektorem, jakby zobaczyło ducha.

Dawid nie odpowiedział od razu. Wyjął telefon, spojrzał na ekran i odwrócił go w ich stronę. — Dostałem dziś rano wiadomość z nieznanego numeru. Na Messengerze. Tylko jedno zdanie: „Przyjdź o północy do starej sali gimnastycznej. Zobaczysz coś, czego nie da się zapomnieć”.

Przez chwilę nikt się nie odezwał. Gdzieś na końcu korytarza zadźwięczał dzwonek, ale nikt nie zwrócił na niego uwagi. Stara sala gimnastyczna od dwóch lat stała zamknięta po remoncie dachu, a mimo to wciąż krążyły o niej historie: o znikających rzeczach, o śladach butów na świeżo umytym parkiecie, o odgłosach, które słychać było po zmroku nawet wtedy, gdy w środku nikogo nie było.

— Idziesz tam? — zapytała Magda.

Dawid wzruszył ramieniem, choć widać było, że wcale nie jest mu obojętne. — Jeśli to żart, chcę wiedzieć, kto go sobie wymyślił.

— A jeśli nie? — Michał mówił ciszej niż zwykle.

Tego wieczoru nie rozmawiali już o niczym innym. Po lekcjach rozeszli się do domów, ale wiadomość Dawida wracała do nich uporczywie, jakby ktoś zostawił ją w głowie i nie pozwalał zamknąć drzwi. Ostatni tydzień szkoły miał smak końca, ale tego dnia w powietrzu wisiało jeszcze coś innego: napięcie, którego nie dało się zignorować.

O północy boczne drzwi starej sali ustąpiły z cichym jękiem. W środku pachniało kurzem, wilgotnym drewnem i czymś metalicznym, ostrym, nieprzyjemnym. Magda weszła pierwsza, zaraz za nią Michał i Dawid. Na środku boiska stała postać w szerokim, czarnym płaszczu.

W jednej dłoni trzymała półprzezroczystą kopertę, w drugiej mały srebrny klucz. Kiedy uniosła głowę, jej spojrzenie przesunęło się po nich z taką pewnością, jakby czekała właśnie na tę trójkę od bardzo dawna.

— Jesteście gotowi? — zapytała.

Za ich plecami drzwi huknęły o framugę. Światło zgasło.