Troje przyjaciół wchodzi do opuszczonej latarni na klifie i znajduje dziennik, który otwiera zagadkę starszą niż wakacje i groźniejszą, niż się spodziewali.
Wiktor miał wrażenie, że w Klifowej Dolinie wszystko jest za małe: szkoła, ulice, rozmowy po lekcjach i nawet horyzont, który zawsze kończył się zbyt szybko. Dlatego ostatnie dni wakacji postanowił spędzić inaczej niż zwykle, razem z Mają i Tobiaszem. Maja potrafiła rozbroić każdy zamek, hasło i zgryźliwą uwagę, a Tobiasz wszędzie szukał znaków, ukrytych znaczeń i historii, które inni uznaliby za bzdurę.
Ich celem była latarnia stojąca na końcu skalistego cypla, opuszczona od lat i omijana nawet przez miejscowych rybaków. W miasteczku krążyły o niej opowieści: że prowadziła statki przez najgęstsze mgły, że jej światło widywano jeszcze długo po śmierci ostatniego latarnika, że ktoś kiedyś wszedł do środka i już nie wrócił. Dla większości to była tylko historia dla turystów. Dla Wiktora brzmiała jak zaproszenie.
Ścieżka prowadząca do budynku zarosła tak mocno, że co chwilę trzeba było odgarniać mokre gałęzie i kolczaste krzaki. Morze poniżej było gładkie jak stal, ale wiatr niósł chłód, który wdzierał się pod koszulę i pod skórę. Maja szła pierwsza, z ekranem telefonu rozświetlającym jej twarz, Tobiasz zapisywał w notesie każdy szczegół, a Wiktor nie mógł oderwać wzroku od drzwi latarni. Stare, spękane drewno, zardzewiała klamka i ślad po czymś, co wyglądało jak dawno starty znak.
W środku pachniało kurzem, solą i starym papierem. Klatka schodowa ginęła w mroku, a pod ścianami piętrzyły się połamane skrzynki i zwinięte liny. Na biurku, dokładnie tam, gdzie powinno leżeć coś nieistotnego, spoczywał skórzany dziennik. Strony były zapisane drobnym, pochyłym pismem, pełnym skrótów, schematów i znaków, których Wiktor nie potrafił od razu odczytać. Maja przyklękła obok i przesunęła palcem po jednej z kart.
"To nie są zwykłe notatki" powiedziała cicho. "To wygląda jak kod."
Tobiasz przełknął ślinę, wpatrując się w rysunek mechanizmu zajmującego niemal całą stronę. "Albo instrukcja do czegoś, czego nie powinno tu już być."
Wiktor chciał odpowiedzieć, ale wtedy z zewnątrz dobiegł głuchy stuk. Jeden. Drugi. Jakby coś ciężkiego uderzało o kamienie wokół latarni i powoli okrążało budynek. Maja wyprostowała się gwałtownie, Tobiasz zamknął notes, a Wiktor podszedł do okna. Przez zacieki i mrok zobaczył tylko fragment klifu i ciemny cień przesuwający się tuż pod ścianą.
Na ostatniej stronie dziennika ktoś dopisał świeżym atramentem jedno zdanie: Ostatni Kodeks Latarników otwiera się dopiero wtedy, gdy zapadnie cisza.
W tej samej chwili drzwi latarni zatrzęsły się od potężnego uderzenia.