Lena i Kuba szukają psa w lesie za miastem i trafiają na krąg kamieni, który otwiera przejście do świata magicznych stworzeń. Czeka tam ktoś, kto zna ich imiona.
Pod butami Leny trzaskały suche gałązki, a chłodna mgła wciskała się pod kurtkę, choć słońce wisiało jeszcze nisko nad koronami drzew. Las na obrzeżach miasta wyglądał zwyczajnie tylko z daleka. Z bliska miał w sobie coś, co nie pasowało do reszty świata: zbyt głębokie cienie, zbyt ciche ptaki, zbyt wiele miejsc, w których wzrok nie chciał się zatrzymać.
— Na pewno skręcił tutaj — mruknął Kuba, pochylając się nad odciskiem łapy w wilgotnej ziemi.
Szukanie jego psa miało zająć godzinę. Zamiast tego szli coraz dalej, pośród mokrych paproci i omszałych korzeni, jakby las sam przesuwał przed nimi kolejne zasłony. Lena co chwilę oglądała się przez ramię. Miałam wrażenie, że ktoś idzie za nimi, ale za plecami widziała tylko mgłę, krzywe pnie i blade światło sączące się między gałęziami.
— To miejsce nie podoba się nawet mojemu kompasowi — powiedział Kuba, wyciągając z plecaka stary, porysowany przyrząd. Igła drżała niespokojnie, obracając się raz w jedną, raz w drugą stronę.
Wtedy las otworzył się nagle na małą polanę. W samym jej środku stał krąg z ciemnych kamieni, przykryty mchem i korzeniami, jakby wyrósł tam dawniej niż drzewa. W powietrzu nad nim falowała błękitna mgiełka, cienka i lekka jak oddech. Lena zatrzymała się tak gwałtownie, że Kuba wpadł na jej ramię.
Na jednym z głazów dostrzegła znak wyryty głęboko w kamieniu. Skrzydło. Albo coś, co mogło być skrzydłem, płomieniem, pazurem. Zależało od tego, jak długo się patrzyło.
— Kuba… — wyszeptała. — To nie jest zwykły kamień.
Mgiełka poruszyła się. Najpierw ledwie, potem gwałtownie, jakby coś ją od środka podgrzało. Zawirowała nad kręgiem, zajaśniała ostrym, zimnym światłem i nagle zaczęła wciągać wszystko do środka. Liście poderwały się z ziemi. Powietrze zasyczało. Lena poczuła szarpnięcie w klatce piersiowej, jakby niewidzialna dłoń chwyciła ją za bluzę.
— Lena! — Kuba złapał ją za nadgarstek, ale było już za późno.
Świat pękł na błękitne odłamki.
Upadli miękko, w gęsty mech pachnący deszczem i czymś jeszcze, ostrym i słodkim zarazem. Lena podniosła głowę. Nad nią stały drzewa znacznie wyższe niż w zwykłym lesie, o srebrzystych liściach, które migotały bez wiatru. W oddali rozlegał się śpiew ptaków, ale żaden z nich nie brzmiał znajomo.
— To… nie jest nasz las — powiedział Kuba, a jego głos zabrzmiał dziwnie mało pewnie.
Lena chciała odpowiedzieć, lecz wtedy między pniami przesunął się cień człowieka. Po chwili z mroku wyszła dziewczyna mniej więcej w ich wieku. Miała bursztynowe oczy, długi ciemny warkocz i niewielki miecz przy pasie. Nie wyglądała na zaskoczoną. Raczej na kogoś, kto czekał zbyt długo, żeby pozwolić sobie na ulgę.
— W końcu — powiedziała cicho. — Już myślałam, że portal was nie przepuści.
Kuba zrobił krok do tyłu. Lena poczuła, jak serce przyspiesza jej do bólu.
— Kim jesteś? — zapytała.
Dziewczyna nie odpowiedziała od razu. Spojrzała ponad ich głowami, w stronę nieba, które nad obcym lasem miało kolor przygaszonej stali. W tym samym momencie coś przysłoniło światło. Ogromny cień przeciął koronę drzew, a potem nad polaną błysnęły płonące skrzydła.
— Nie mamy czasu — szepnęła dziewczyna. — Feniks znalazł się na skraju zagłady.
Zanim Lena zdążyła zadać kolejne pytanie, ziemia pod jej stopami zatrzęsła się, a z głębi lasu dobiegł krzyk tak przenikliwy, że aż zesztywniała. Wysoko nad nimi coś uderzyło w gałęzie z hukiem przypominającym wybuch. Czerwone światło przecięło półmrok i spłynęło po kamiennym kręgu jak ogień.
A potem z koron drzew wyłoniło się coś, czego Lena nie potrafiła nawet nazwać.