Szymon i Lena trafiają za kulisy cyrku Asteroida i odkrywają coś, czego nie powinno tam być. Im bliżej są tajemnicy, tym mniej ten cyrk przypomina zwykły pokaz.
Cyrk Asteroida wjechał do miasteczka po cichu, w środku czerwcowej nocy. Nad ranem na pustym jeszcze placu stał już ogromny namiot w granatowo-szare pasy, a wokół niego migały lampy, jakby ktoś rozsypał po ziemi garść gwiazd.
Szymon pierwszy zauważył, że coś tu nie gra. Za namiotem, tuż przy stosie skrzyń i zwiniętych lin, ustawiono trzy klatki przykryte ciężkimi płachtami. Nie wyglądały jak element dekoracji. Z jednej z nich dochodził cichy, metaliczny śmiech. Krótki, urywany, zbyt równy, żeby należał do człowieka.
Wieść o cyrku rozniosła się po miasteczku szybciej niż zapach waty cukrowej. Ludzie mówili o akrobatach, którzy podobno nie dotykają ziemi, o iluzjonistach z trzech kontynentów i o zwierzętach tak niezwykłych, że podobno nawet dyrektorka nie pozwalała im patrzeć prosto w oczy. Szymon i Lena słuchali tych opowieści z rosnącą irytacją. Im więcej było gadania, tym bardziej chcieli zobaczyć, co Asteroida ukrywa naprawdę.
Wieczorem tłum falował już przed wejściem, a w powietrzu mieszał się dym z maszynki do popcornu, perfumy i wilgoć po letnim deszczu. Lena wsunęła do kieszeni małą latarkę. Szymon schował notes, w którym zwykle rysował to, czego nikt inny nie zauważał. Nie musieli wiele mówić. Wystarczyło jedno spojrzenie, by oboje zrozumieli, że dziś nie przyszli tylko na przedstawienie.
Kiedy światła w namiocie przygasły, a z areny dobiegł głos dyrektorki w masce sowy, Szymon i Lena wymknęli się z rzędu. Przecisnęli się między skrzyniami, linami i zwisającymi z sufitu tkaninami. Za kulisami było zimniej niż na widowni, a cisza miała w sobie coś nerwowego, jak napięta struna.
Klatka stała pod samą ścianą. Płachta leżała zsunięta na bok, jakby ktoś dopiero co ją zdjął. W środku siedziała postać w jasnym stroju, nieruchoma, z pochyloną głową. Gdy Lena przyświeciła latarką, zobaczyli błysk szkła albo metalu w miejscu oczu. A potem rozległ się ten sam śmiech, tylko głośniejszy, bliższy i dziwnie zgrzytliwy.
Zanim zdążyli się cofnąć, po drugiej stronie kotary coś zaszeleściło. Szymon odwrócił głowę. W mroku stał mężczyzna w cylindrze, z twarzą ukrytą w cieniu. Nie wyglądał na zaskoczonego. Wyglądał, jakby dokładnie wiedział, że oni tu będą.