Ostatni pokaz Cyrku Aurora

Kiedy Cyrk Aurora rozbija namiot w Wierzbowie, Lena i Igor trafiają w sam środek niezwykłego widowiska. Za kulisami czeka jednak coś, co nie powinno istnieć.

Gdy do Wierzbowa zajechał Cyrk Aurora, całe miasteczko od rana żyło tylko tym jednym tematem. Na przystanku wisiał plakat w kolorach zachodzącego słońca: „Cyrk Aurora – jeden wieczór, setki cudów!”. Lena zatrzymała się przy nim dłużej niż powinna, a Igor, jak zwykle ostrożniejszy, już wtedy miał minę kogoś, kto przeczuwa kłopoty.

Wieczorem powietrze pachniało popcornem, mokrą trawą i czymś jeszcze, słodkim i metalicznym zarazem. Namiot cyrku wyrósł na pustym placu jak ogromna, świecąca bańka. Nie wyglądał jak zwykły cyrk. Bardziej jak coś, co na chwilę pomyliło drogę z innego świata. Lena ruszyła pierwsza, przeciskając się przez tłum, a Igor poszedł za nią tylko dlatego, że nie miał już siły udawać, że go to nie obchodzi.

W środku światła przygasły tak nagle, że publiczność zamilkła w pół oddechu. Na arenę wszedł dyrektor w czarnym fraku usianym srebrnymi gwiazdami. Uśmiechał się, jakby znał sekret, którego nikt inny nie powinien znać.

„Witajcie w Cyrku Aurora” — powiedział głosem miękkim i chłodnym zarazem. — „Tutaj wszystko jest możliwe. Nawet to, czego nie da się opowiedzieć”.

Potem zaczęło się widowisko. Płonące kule szybowały nad głowami widzów tak blisko, że Lena poczuła ciepło na policzku. Akrobaci wirowali pod kopułą namiotu jak cienie wyrzucone w górę przez wiatr. Klaun w srebrnej masce pojawił się i zniknął tak szybko, że Igor był pewien, iż widział go tylko on. Każdy numer był bardziej zadziwiający od poprzedniego, a publiczność raz po raz wybuchała oklaskami, coraz głośniejszymi i coraz mniej pewnymi.

Lena nie patrzyła jednak na scenę. Zauważyła dziewczynę stojącą przy bocznym przejściu. Miała fioletowe włosy, bladą twarz i srebrne oczy, które zdawały się odbijać światło nawet wtedy, gdy wokół gasły reflektory. Nie klaskała. Nie uśmiechała się. Po prostu patrzyła w stronę widowni, jakby kogoś szukała.

— Widzisz ją? — szepnęła Lena.

Igor skinął głową, ale zanim zdążył odpowiedzieć, dziewczyna odwróciła się i zniknęła za ciemną zasłoną przy zapleczu. Lena nie zastanawiała się długo. Wstała i ruszyła w tamtą stronę, a Igor, po krótkiej chwili zawahania, poszedł za nią. Za kurtyną było zupełnie inaczej: ciszej, chłodniej, jakby dźwięki z areny zostawały po drugiej stronie świata. Wąski korytarz pulsował dziwnym, sinym światłem, a z daleka dochodził zapach ozonu i kurzu.

Za jednym z namiotowych przejść Lena usłyszała szept. Nie był to ani polski, ani żaden język, który potrafiłaby rozpoznać. Z drugiej strony ktoś przesunął dłonią po płótnie i materiał napiął się jak skóra.

Dziewczyna o fioletowych włosach stanęła nagle tuż przed nimi.

— Nie powinniście tu wchodzić — powiedziała cicho. — Ale skoro już weszliście, musicie zobaczyć to, czego reszta nigdy nie zobaczy.

W tej samej chwili wszystkie światła w korytarzu zgasły. Z głębi namiotu dobiegł niski, drżący dźwięk, jakby ktoś pociągnął smyczkiem po krawędzi szkła. A potem na końcu przejścia rozsunęła się ukryta kurtyna, odsłaniając drzwi, których przed chwilą tam nie było.