Czworo przyjaciół rusza w góry za ostatnim śladem na starej mapie. Im bliżej zaginionej doliny, tym wyraźniej czują, że ktoś albo coś pilnuje drogi.
Świt w Górach Cieni nie przynosił jasności, tylko kolejne warstwy mgły. Zbocza tonęły w wilgoci, a wąska ścieżka ginęła pod mokrymi liśćmi i kamieniami, jakby sama ziemia chciała zatrzeć ślady. Marta szła pierwsza, z kompasem w dłoni i złożoną mapą wsuniętą do kieszeni kurtki. To ona nalegała na tę wyprawę, i to ona od trzech dni powtarzała, że ostatni punkt zaznaczony na papierze musi prowadzić gdzieś dalej.
Za nią podążał Andrzej z ciężkim plecakiem, w którym brzęczały karabinki i zwinięta lina. Co kilka kroków poprawiał szelki i rzucał nerwowe spojrzenia w bok, w gęstniejące drzewa. Zosia, idąca zaraz obok, miała aparat przewieszony przez szyję i ten rodzaj ekscytacji w oczach, który pojawia się tylko wtedy, gdy człowiek przeczuwa, że za chwilę wydarzy się coś ważnego. Bartek zamykał pochód. Słuchał uważniej niż pozostali, jakby las mógł zdradzić więcej niż mapa.
Na wysokości starego, omszałego drogowskazu Marta przystanęła i rozłożyła mapę na kolanie. Papier był popękany na zgięciach, a w rogu widniała wypłowiała kreska prowadząca za Las Skrzydlatego Jelenia. „To tutaj” powiedziała cicho. „Dalej nikt nie ma pewności, co jest”. Andrzej prychnął, ale bez przekonania. „Albo dlaczego nikt nie wrócił” mruknął. Zosia tylko uniosła aparat i zrobiła zdjęcie konarom, przez które przebijało się blade światło.
Ścieżka zaczęła opadać ostrzej, a stare ślady obecności ludzi pojawiały się coraz częściej: zardzewiały wózek kopalniany wbity w krzaki, rozpadnięty stos kamieni, resztki drewnianych pali, dawno spróchniałych od deszczu. W końcu las otworzył się na niewielką polanę, a na jej skraju stała opuszczona chatka z wybitymi oknami. Przed drzwiami, jakby ktoś położył ją tam przed chwilą, leżała drewniana skrzynka spięta zardzewiałymi okuciami. Marta zesztywniała. „To nie jest przypadek” szepnęła.
Zosia przykucnęła przy skrzynce, ale nim dotknęła kłódki, z wnętrza chatki dobiegł ich cichy, przeciągły skrzyp. Jakby ktoś przesunął się po starej podłodze. Nikt się nie odezwał. Nawet wiatr jakby ucichł. Bartek odwrócił głowę pierwszy, bo za ich plecami rozległy się szybkie, wyraźne kroki...