Ostatni Skarb Jomsborga

Eirik i jego przyjaciele odnajdują mapę prowadzącą pod klify Jomsborga, gdzie w ciemnej grocie budzi się coś, czego nie powinni byli naruszać.

Na północnym niebie dopiero gasły gwiazdy, kiedy Eirik stanął na skraju klifu i spojrzał w dół na wzburzone Morze Bałtyckie. Fale waliły o skały z taką siłą, jakby chciały wyrwać z nich samą pamięć o dawnych czasach. Za jego plecami Jomsborg budził się do życia: skrzypiały wrota, szczękało żelazo, ktoś wołał do pomocników przy palisadzie. Zwykle ten poranny zgiełk dodawał mu otuchy. Tego dnia tylko podkręcał napięcie.

Wszystko zaczęło się od Ingrid, najmłodszej córki kowala, która znalazła na strychu pożółkły zwój zapisany runami. Niby zwykła mapa, a jednak nikt nie potrafił powiedzieć, skąd się wzięła ani dlaczego jeden znak został wielokrotnie poprawiony, jakby ręka piszącego drżała. Bjorn od razu uznał, że to czyjaś sprytna sztuczka. Ingrid nie dała się zbyć. Eirik też nie. Wystarczyło jedno spojrzenie na tajemniczy rysunek pod klifami, by poczuł znajome ukłucie pod żebrami: coś czekało tam od dawna.

Miał siedemnaście lat i zbyt dobrze pamiętał, jak szybko może runąć pewność człowieka. Ojciec zginął w walce z Sasami, a matka, znachorka, mówiła czasem o znakach na niebie tak spokojnie, jak inni o pogodzie. Eirik nie wierzył w przepowiednie, ale wierzył w ciężar rzeczy, których nie dało się wyjaśnić. Kościaną rękojeść starego miecza, po ojcu, nosił przy sobie nie z dumy, lecz z uporu. Dziś miała mu przypominać, że nie wszystko, co ukryte, powinno zostać w ziemi.

W nocy wymknęli się z wioski bez hałasu, ostrożnie mijając straże przy bramie. Ingrid niosła zwój schowany pod płaszczem, Bjorn pochodnię i worek z krzemieniem, a Eirik mapę przyciśniętą do piersi, jakby mogła mu uciec. Ścieżka prowadziła niżej, między mokrymi głazami, gdzie wiatr tłumił kroki i zagłuszał oddech. Im bliżej byli miejsca oznaczonego runami, tym ciszej się robiło.

W końcu stanęli przed rozpadliną w skale. Wejście do groty było tak wąskie, że musieli schylić głowy. Z wnętrza sączył się niski, ledwo słyszalny pogłos, przypominający śpiew albo szept niesiony przez wodę. Bjorn uniósł pochodnię. Światło zatańczyło po ścianach i odsłoniło wyryte znaki, stare i głębokie, jakby ktoś drążył je nie dłutem, lecz pazurami.

Chłodne powietrze buchnęło im w twarze. Eirik poczuł, jak na karku jeżą mu się włosy, a Ingrid nagle zamilkła w pół oddechu. Z ciemności dobiegł głuchy odgłos, ciężki i powolny, jakby coś ogromnego poruszyło się głębiej pod skałą. Potem ziemia pod ich stopami zadrżała.

Ingrid przejechała palcem po ostatnim rzędzie run i wyszeptała jedno słowo, tak cicho, że ledwie je usłyszał: „Strażnik”. W tej samej chwili z mroku naprzeciw nich odpowiedziało metaliczne brzęknięcie, a pochodnia Bjornа zasyczała, jakby ktoś właśnie tchnął w ogień lodem.