Amelka, Wiktor i Lena odkrywają, że zwierzęta z Lasu Kruczego zachowują się coraz dziwniej. Kiedy noc zapada, las zdaje się próbować przekazać im wiadomość.
Gdy słońce zsuwało się za czarne korony drzew, Amelka, Wiktor i Lena siedzieli na spróchniałej ławce przy samym skraju Lasu Kruczego. Powietrze było ciężkie od żywicy, wilgotnej ziemi i dymu z ognisk palonych dalej, na harcerskiej polanie. Ich miasteczko kończyło się szybko i bez ceremonii, ale las nigdy nie wyglądał na zwykły kawałek drzew. Zawsze sprawiał wrażenie, jakby coś w nim czekało.
Amelka lubiła to uczucie. Mówiła, że nocą las ma własny puls i że lepiej nie udawać, że się go nie słyszy. Tego wieczoru nawet ona przestała żartować, kiedy Lena nagle zesztywniała i wskazała głową na ciemniejący skraj drzew.
Między pniami stało stado saren. Nie uciekły. Nie drgnęły nawet wtedy, gdy wiatr poruszył paprociami tuż obok nich. Patrzyły wprost na troje nastolatków, nieruchomo, uporczywie, jakby próbowały wymusić odpowiedź. Ich oczy odbijały resztki światła tak ostro, że Lena poczuła chłód na karku.
„One się na nas gapią” – wyszeptała.
„Sarny raczej nie robią takich rzeczy” – mruknął Wiktor, ale jego głos zabrzmiał ciszej, niż chciał.
Z lasu dobiegł ich dźwięk, którego nie dało się pomylić z żadnym znanym odgłosem. Nie był to trzask gałęzi ani ryk wiatru. Bardziej przypominał szept rozciągnięty na setki gardzieli naraz, szmer przesuwający się między drzewami jak fala. Amelka wbiła wzrok w cienie między pniami. Coś się tam poruszyło.
Z mroku wyszła lisica. Chuda, przykurzona, z rozciętą łapą, ale zamiast uciekać, podeszła prosto do ławki. Zatrzymała się tak blisko, że Lena mogła zobaczyć wilgotną sierść na jej pysku i ostre, czujne oczy. Lisica uniosła głowę i wydała z siebie krótki, ochrypły dźwięk, niepodobny do żadnego zwierzęcego skomlenia. Brzmiał prawie jak próba mówienia.
W tej samej chwili drzewa zaszeleściły głośniej. Ze wszystkich stron zaczęły wychodzić kolejne zwierzęta: jeże, borsuk, kilka sów zbyt cicho przysiadających na gałęziach, a potem coś większego, ciemnego i ciężkiego, co zniknęło i pojawiło się znów między pniami. Wiktor cofnął się o krok. Lena nie odważyła się nawet oddychać.
Amelka powoli wyciągnęła rękę w stronę lisicy. Szmer z lasu urósł do niskiego, drżącego pomruku. Nagle wszystkie zwierzęta odwróciły głowy w jednym kierunku, jak na komendę, a ponad ich nieruchomymi sylwetkami niebo zasnuło się ciężkimi chmurami.
Pierwszy grzmot uderzył tak blisko, że ławka zadrżała pod nimi. W tym samym momencie polanę rozdarło białe światło, a lisica otworzyła pysk, jakby naprawdę miała coś powiedzieć.