Sala 214

W liceum na obrzeżach miasta czwórka przyjaciół trafia na zamkniętą salę, o której nikt nie chce mówić. Za zwykłym szkolnym korytarzem zaczyna się coś, czego nie da się już zignorować.

Liceum imienia Marii Skłodowskiej-Curie w deszczowe dni miało w sobie coś przygaszonego. Światło lamp odbijało się od mokrych okien, a na szarych korytarzach słychać było tylko kroki, szelest plecaków i nerwowe skrzypienie drzwi. Wszystko wyglądało znajomo, aż do chwili, gdy człowiek zaczynał patrzeć uważniej.

Magda umiała patrzeć uważniej. To ona pierwsza zauważyła starą mapę szkoły w gablocie przy schodach i zatrzymała się przy niej z takim skupieniem, jakby znalazła coś zakazanego. Bartek natychmiast stanął obok, gotów uznać każdy drobiazg za początek przygody. Ola, zwykle milcząca, ale czujna, przesunęła wzrokiem po planie bez słowa. Marek tylko oparł się o parapet i prychnął cicho.

Magda nawet na niego nie spojrzała. Palcem dotknęła wyblakłego prostokąta na końcu jednego z korytarzy.

Bartek zmrużył oczy. - Może to po prostu jakiś magazyn.

Ola nachyliła się bliżej mapy. Na planie wszystko było czytelne: klasy, sekretariat, biblioteka, pracownie. Tylko numer 214 wyglądał, jakby doklejono go później, już po wydruku. Korytarz prowadzący w tamtą stronę kończył się na małej klatce schodowej, której nikt z nich nigdy nie używał.

Nie brzmiało to jak propozycja. Brzmiało jak decyzja.

Przez resztę lekcji nikt nie słuchał z pełnym skupieniem. Bartek stukał długopisem o ławkę, Ola co chwilę zerkała na zegarek, a Marek udawał znudzonego, choć widać było, że już układa w głowie dziesięć wersji tego, co może znaleźć się za zamkniętymi drzwiami.

Gdy dzwonek w końcu przeciął powietrze, poczekali, aż korytarz się przerzedzi. Potem ruszyli razem, najpierw przez znajomą część budynku, a potem coraz dalej, tam gdzie światło robiło się chłodniejsze, a ściany węższe. Na najwyższym piętrze szkoła brzmiała inaczej. Ciszej. Jakby ktoś specjalnie wyciszył ten fragment.

Na końcu korytarza stały podwójne drzwi z tabliczką 214. Farba wokół framugi była spękana, a metalowa klamka zimna jak lód. Marek nacisnął ją pierwszy. Drzwi ani drgnęły.

Bartek już rozglądał się po kątach. Obok starej szafki zauważył wąskie okienko wentylacyjne, częściowo zasłonięte kurzem.

Ola pochyliła się, wcisnęła palce w szczelinę i spróbowała poruszyć zardzewiałą kratką. Usłyszeli krótki, suchy klik. Drzwi przed nimi lekko ustąpiły.

Nikt się nie odezwał.

Z wnętrza sączyło się blade, zielonkawe światło. Nie było tam ławek. Nie było tablicy. Zamiast tego stały rzędy zakurzonych półek, pełnych przedmiotów, których nie powinno być w zwykłej klasie. Stare kartony, popękane ramki, słoiki, jakieś metalowe pudełka. Powietrze pachniało kurzem i czymś jeszcze, ostrym, metalicznym.

Weszli ostrożnie do środka.

Za ich plecami drzwi zatrzasnęły się z głuchym hukiem.

Marek odwrócił się natychmiast, ale było już za późno. Na końcu sali coś cicho zaskrzypiało. Jedna z półek drgnęła, przesunęła się o kilka centymetrów i odsłoniła ciemny fragment ściany, którego wcześniej nie było widać.