Perełka czasu

Adrian, Marta i Michał znajdują w antykwariacie perłę, która otwiera im drogę do przeszłości. Pierwszy skok w czasie szybko zmienia zwykłą ciekawość w niebezpieczną zagadkę.

Noc była ciężka od deszczu. Krople bębniły o szyby mieszkania na ostatnim piętrze starej kamienicy, a wiatr wciskał się w szczeliny okien, jakby próbował podsłuchać to, co działo się w środku. Przy stole zasłanym mapami, pożółkłymi notatkami i kilkoma antykami siedzieli Adrian, Marta i Michał. Na środku, w małym kręgu światła, leżała perła. Nie wyglądała na zwykły klejnot. Miała głęboki, mleczny blask, który raz przygasał, raz rozjaśniał się tak, jakby oddychała.

Znaleźli ją kilka dni wcześniej w zakurzonym sklepie z antykami, ukrytą w szkatułce bez podpisu i bez ceny. Sprzedawca nie chciał o niej mówić. Wystarczyło jedno spojrzenie na ich twarze, by zbył ich milczeniem, jakby wolał nie pamiętać, skąd pochodzi. Od tamtej chwili perła zachowywała się coraz dziwniej. Czasem zmieniała odcień, czasem drżała pod palcami, a raz uniosła się kilka centymetrów nad blatem, zanim z ciężkim stukiem opadła z powrotem. Każde z nich próbowało uznać to za zbieg okoliczności. Nikt już jednak nie brzmiał przekonująco.

Adrian położył dłoń na gładkiej powierzchni perły. Nic. Marta spróbowała zaraz potem. Znowu nic. Michał odsunął krzesło, zirytowany i jednocześnie wyraźnie rozczarowany. Wtedy Marta rozłożyła obok starą mapę miasta z XVIII wieku. Papier był kruchy, miejscami popękany, a jednak wciąż czytelny. Bez słowa przesunęła perłę na sam środek planu. W tej samej chwili blask zgęstniał, jakby w przedmiocie zamknęło się całe światło pokoju.

Rozległ się krótki, ostry trzask. Potem błysk tak silny, że wszystko zniknęło za białą zasłoną. Kiedy otworzyli oczy, deszcz, kamienica i stolik zostali gdzieś daleko. Stali pośrodku brukowanej ulicy zalanej słońcem, otoczeni ludźmi w strojach sprzed wieków. Wozy turkotały po kamieniach, ktoś krzyczał na rogu, a powietrze pachniało pyłem, końskim potem i dymem z pieców. Adrian zdążył tylko zaczerpnąć gwałtownie powietrza, gdy Marta ścisnęła mu ramię.

Po drugiej stronie ulicy stał mężczyzna z twarzą pooraną bliznami. Patrzył prosto na nich, jakby wiedział dokładnie, kim są i skąd się wzięli. W jego oku błysnęło coś zimnego, niemal rozbawionego. Nie odwrócił wzroku, tylko ruszył w ich stronę.