Trójka znajomych wchodzi do opuszczonej kamienicy przy ulicy Wiśniowej i znajduje zegarek, który przerzuca ich w przeszłość. W obcym czasie ktoś już wie, że nie powinni tam być.
Noc wisiała nad ulicą Wiśniową ciężko i nieruchomo, przesycona słodkim, niemal dusznym zapachem kwitnących wiśni. Stare latarnie rozlewały na bruk żółte plamy światła, a między nimi zalegał cień, w którym nawet własne kroki brzmiały zbyt głośno. Marta, Krzysiek i Lena włóczyli się bez planu, przeciągając letni wieczór, jakby nie chcieli wracać do zwyczajności.
Kamienica pod trzynastką stała przygarbiona i milcząca, od lat omijana przez wszystkich, którzy zbyt łatwo wierzyli plotkom o zawalonym stropie, pustych oknach i dziwnych odgłosach po zmroku. Tego wieczoru frontowe drzwi były uchylone tylko na szerokość dłoni. Marta zatrzymała się na sekundę, rzuciła Krzyśkowi i Lenie krótkie spojrzenie i pierwsza wsunęła się do środka.
Wnętrze uderzyło ich chłodem, kurzem i zapachem starych murów. W półmroku wisiały resztki dawnych żyrandoli, a na ścianach drżały cienie rzucane przez przeciąg. Każdy krok wywoływał echo, jakby kamienica nie była pusta, tylko cierpliwie czekała, aż ktoś się odezwie.
Znaleźli się w pokoju zastawionym pożółkłymi książkami i popękanymi lustrami. To Lena zauważyła najpierw niewielki zegarek kieszonkowy leżący na komodzie, zbyt ciężki i zbyt elegancki, by był zwykłym rupieciem. Wskazówki stały nieruchomo, ale mechanizm wyglądał na nienaruszony. Krzysiek nachylił się, dotknął sprężyny zamka i wtedy zegarek cicho kliknął.
Świat rozdarł się im przed oczami. Ściany zwinęły się w wir, powietrze zadrżało, a pod stopami zniknęła pewność podłogi. Przez ułamek sekundy widzieli ulicę Wiśniową inną niż tę, którą znali: gazowe latarnie, powozy, ludzi w strojach sprzed dekad. Potem wszystko ucichło tak gwałtownie, jak się zaczęło.
Stali w tej samej kamienicy, ale za oknem nie było już współczesnej ciszy. Z ulicy dochodził gwar, stukot końskich kopyt i głosy, w których pobrzmiewał obcy rytm miasta. Szyldy na sklepach wyglądały jak wyjęte z dawnych fotografii, a ludzie na bruku mijali się w strojach, które nie pasowały do żadnego ich wspomnienia.
Lena zacisnęła palce na zegarku. Wskazówki wciąż stały. Krzysiek zrobił krok w stronę drzwi, Marta odruchowo cofnęła się o pół kroku, gdy z korytarza dobiegł ich ciężki, przyspieszony tupot. Ktoś szedł prosto ku nim. Potem rozległ się szept, wyraźny i bliski: „Oni nie są stąd... Znaleźli ich.”
Drzwi naprzeciwko powoli się otworzyły. W progu stanęła postać w ciemnym płaszczu, tak nieruchoma, jakby czekała właśnie na nich. Jej dłoń uniosła się powoli, a w palcach błysnęło coś metalowego, zimnego i zaskakująco znajomego.