Trójka nastolatków trafia do prastarego słowiańskiego lasu, gdzie mapa, jezioro i szeptana pieśń prowadzą ich coraz głębiej w niepokojącą tajemnicę.
Świerkowo kończyło się tam, gdzie zaczynał się Jarzębowy Las. Nikt z miejscowych nie mówił o nim bez powodu: jedni spluwali przez ramię, inni milkli w połowie zdania, jakby samo wypowiedzenie nazwy mogło ściągnąć kłopoty. W pełni księżyca z ciemności dochodził śpiew, cienki i przeciągły, a myśliwi wracali z lasu bledsi, niż poszli.
Julia miała dość zwykłych dni, które wszystkie wyglądały tak samo. Michał udawał, że nie wierzy w żadne opowieści, ale zawsze pierwszy wychylał się przez płot, gdy coś działo się na skraju wsi. Lena natomiast słuchała historii swojej babci z takim przejęciem, jakby każda była ukrytą wskazówką. Tego wieczoru, gdy słońce zgasło w gałęziach jarzębin, właśnie Lena zauważyła coś pod korzeniem na granicy lasu.
To był pergamin. Stary, pożółkły, pachnący wilgocią i ziemią. Na jego powierzchni wiły się cienkie linie, znaki podobne do liter i rysunek jeziora, którego żadne z nich nie kojarzyło.
Michał wyjął pergamin z jej dłoni. Na środku widniała postać z twarzą ukrytą za liściem jarzębiny. Przy samym brzegu ktoś dopisał drobnymi znakami słowo, którego nie potrafili od razu odczytać. Lena zmrużyła oczy.
Nikt się nie roześmiał.
Nazajutrz wyszli z domu jeszcze przed świtem, zanim wieś całkiem się obudziła. Las przyjął ich ciszą tak gęstą, że własny oddech brzmiał obco. Pod stopami uginał się miękki mech, a między pniami wisiała cienka mgła. Pergamin prowadził ich coraz głębiej, raz prostym tropem, raz zakrętem, jakby ktoś celowo chciał sprawdzić, czy się nie wycofają.
Po niespełna godzinie dotarli do jeziora. Małego, ciemnego, schowanego tak dobrze, że trudno było uwierzyć, iż mieszkali tu od zawsze, a nigdy go nie widzieli. Przy brzegu kołysała się przywiązana do korzenia łódka, wąska i wystrugana z jednego pnia. Obok, w błocie, odciśnięte były ślady małych stóp.
Lena przykucnęła przy łódce. Na burcie ktoś wyciął krzywe, głębokie znaki, a między nimi to samo słowo: Strzyga.
Julia chciała zapytać, co ono ma znaczyć, ale z trzcin dobiegł ich szelest, za którym zaraz rozlał się chichot. Nie ludzki. Nie zwierzęcy. Z wody przebiegła srebrna smuga, jakby coś pod powierzchnią poruszyło się tuż pod nimi.
Lena cofnęła się o krok, ściskając pergamin tak mocno, że aż pobielały jej knykcie. W tej samej chwili jezioro pociemniało, a spod tafli wynurzyła się twarz z długimi, mokrymi włosami i oczami otwartymi szeroko, jakby od dawna czekała właśnie na nich. Z trzcin popłynęła pieśń - niska, obca i tak stara, że Julia poczuła lodowaty dreszcz na plecach.