Piorun

Podczas nagłej burzy uderza piorun, a jeden błysk wystarcza, by mój ogród zniknął i otworzył się przede mną obcy, niepokojący świat.

Burza przyszła bez ostrzeżenia. Jeszcze przed chwilą biegałem po ogrodzie, a teraz niebo zaciągnęło się czernią tak gęstą, jakby ktoś rozlał nad domem atrament. Wiatr uderzał w drzewa, gałęzie trzaskały nad moją głową, a pierwsze krople deszczu były ciężkie i zimne jak kamyki.

Ruszyłem pędem w stronę domu. Już widziałem ganek, już czułem, że jestem o krok od schronienia, kiedy niebo pękło oślepiającym zygzakiem światła.

Grzmot uderzył zaraz potem. Ziemia zadrżała pod moimi stopami.

I wszystko zniknęło.

Dom rozpłynął się w ciemności. Drzewa, płot, ścieżka, ogród — nie zostało nic, co znałem. Stałem na gładkiej, czarnej powierzchni, błyszczącej jak mokry kamień, choć nie czułem pod nią ani ziemi, ani trawy.

Podniosłem głowę.

Niebo też przepadło.

Nade mną wirowały gwiazdy, pasma światła i mleczne chmury, jakby cały wszechświat przewrócił się na drugą stronę. Serce waliło mi tak mocno, że ledwie słyszałem własny oddech.

— Kto tam? — spytałem, a mój głos zabrzmiał obco i cienko.

Wtedy z mroku wyłoniła się postać. Nie widziałem jej twarzy, tylko zarys sylwetki, jakby był zrobiony z cienia przeciętego błyskawicami.

— W końcu przyszedłeś — powiedziała spokojnie. — Musisz znaleźć drogę powrotną, zanim będzie za późno.

— Za późno na co? — szepnąłem, ale odpowiedź utonęła w kolejnym błysku.

Światło przeszyło niebo nad moją głową.

A potem poczułem, że coś dzieje się z moimi rękami.