Pod bursztynową kopułą

Lena, Michał i Dawid trafiają w Lesie Cisowym na świetlisty portal ukryty w mgle. Kiedy z wnętrza dobiega obcy szept, muszą zdecydować, czy podejść bliżej.

W chłodny październikowy wieczór mgła wpełzała między pnie starych dębów i tłumiła każdy dźwięk, jakby Las Cisowy nie chciał nikogo wpuścić ani wypuścić. Lena szła pośrodku, co chwilę odgarniając z twarzy wilgotne kosmyki włosów. Michał torował drogę z przodu, a Dawid zamykał pochód, światłem małej latarki wyławiając z ciemności korzenie, kamienie i mokre liście.

— To miała być zwykła wyprawa — mruknęła Lena, bardziej do siebie niż do nich. — Tylko spacer, pamiętacie?

Dawid parsknął cicho. — W lesie, o którym wszyscy straszą? Jasne.

Mówiono o tym miejscu różne rzeczy: że zwierzęta omijają je szerokim łukiem, że nocą słychać tu metaliczne brzęczenie, a czasem ktoś wraca z pustymi rękami i przekonaniem, że zabłądził tam, gdzie żadnej ścieżki nie było. Lena nigdy nie wierzyła w takie historie. A jednak tej nocy las brzmiał inaczej niż zwykle. Cicho, napięcie wisiało w powietrzu tak gęste, że aż bolały od niego zęby.

Michał nagle stanął jak wryty.

— Słyszeliście? — szepnął.

Lena nasłuchiwała. Między szelestem liści przebił się delikatny, nierówny dźwięk, jakby ktoś potrząsał pękiem starych kluczy gdzieś głęboko pod ziemią. Brzmiał coraz wyraźniej, przyciągając ich w stronę niewielkiej polany. Kiedy wyszli z mroku między drzewa, Lena od razu poczuła, że coś jest nie tak.

Pośrodku polany unosiła się bursztynowa kopuła światła. Nie odbijała księżyca, nie przypominała ognia. Falujęce pasma świeciły od środka, układając się w ruchome wzory, jakby przez powietrze przesuwały się gałęzie, których nie było. Ziemia pod nią była czarna i naga, a mokry mech wokół wyglądał tak, jakby odsunął się z szacunkiem.

— To nie może być… — Lena urwała i zrobiła krok bliżej.

W kopule coś drgnęło. Cichy szept przetoczył się po polanie, zbyt miękki, by był wiatrem, i zbyt wyraźny, by go zignorować. Dawid wyciągnął rękę, ostrożnie, niemal odruchowo. W tej samej chwili światło zareagowało krótkim, ostrym błyskiem, a las za ich plecami zapadł w jeszcze głębszą ciszę.

Michał spojrzał na nich, blady w zielonkawym blasku. — Wchodzimy? — zapytał.

Nikt nie odpowiedział. Z drugiej strony kopuły coś przesunęło się powoli, jak cień oderwany od ciała. A potem tafla światła rozstąpiła się na ułamek sekundy i wyłoniła się z niej czyjaś twarz — obca, nieruchoma, patrząca prosto na Lenę.