Trzynastoletnia Marianna po przeprowadzce do Lublina znajduje pod deskami strychu list i klucz, który otwiera coś, czego nie da się wyjaśnić rozsądkiem.
Sierpniowe światło wpadało przez zakurzone okno na strychu kamienicy przy ulicy Grodzkiej i rozcinało półmrok na blade pasy. Marianna od trzech godzin przekładała pudła po przeprowadzce, stary fotel z wyszczerbionym podłokietnikiem i torby pełne rzeczy, których mama jeszcze nie zdążyła rozpakować. "Oswój się z nowym miejscem" powiedziała rano, jakby to była prosta rzecz. Kamienica miała swoje skrzypnięcia, zapach kurzu i chłód, który nie znikał nawet w upał. I miała też miny ludzi, którzy mieszkali tu przed Marianną, wtopione w rysy na ścianach.
Kiedy przesunęła ręką po podłodze, coś pod jedną z desek odpowiedziało cichym trzaskiem. Marianna przykucnęła. Deska była odrobinę uniesiona, jakby ktoś dawno temu podważył ją cienkim ostrzem i już nigdy nie wcisnął z powrotem na miejsce. Rozejrzała się odruchowo, choć na strychu nie było nikogo. Tylko stary zegar bez wskazówek tykał gdzieś niżej, za ścianą.
Wsunęła palce pod krawędź i podniosła deskę z wysiłkiem. Pod spodem leżała mała płócienna torba, szorstka i przybrudzona, z wyblakłymi inicjałami E.W. Na dnie znalazła list z pożółkłego papieru i coś, co na pierwszy rzut oka wyglądało jak klucz. Dopiero po chwili zobaczyła, że jego główka nie była zwyczajna: w środku migotał drobny kryształ, a światło łamało się w nim na zielono, niebiesko i złoto. Gdy Marianna go dotknęła, metal był ciepły, jakby leżał tu nie od lat, tylko od kilku minut.
Rozłożyła list drżącymi palcami. Pismo było równe, pochyłe, staranne, jakby ktoś pisał w pośpiechu, ale nie pozwolił sobie na błąd. Przebiegła wzrokiem pierwsze zdania i poczuła, że po plecach przechodzi jej chłód: "Jeśli to czytasz, znaczy, że trafiłaś we właściwe miejsce. Ten klucz otwiera więcej niż jedne drzwi. Magia mieszka tam, gdzie najmniej się jej spodziewasz."
Marianna podniosła wzrok. W kącie strychu stała stara szafa, ciemna i wysoka, z rzeźbionymi drzwiami spękanymi od czasu. Wcześniej wydawała jej się tylko kolejnym gratem po poprzednich lokatorach, ale teraz zobaczyła w niej niewielki zamek, dokładnie taki, jakby czekał na ten klucz. Ścisnęła metal mocniej i zrobiła krok w tamtą stronę.
Kiedy wsunęła klucz do zamka i przekręciła go, w środku szafy rozległ się cichy świst. Powietrze na strychu zadrżało, światło z okna zgasło na ułamek sekundy, a drzwi uchyliły się same, jakby ktoś po drugiej stronie od dawna stał tuż przy nich. Marianna zobaczyła nie ciemność, lecz wirujące smugi światła i coś, co poruszało się w nich zbyt szybko, by mogło być tylko cieniem.