Lena i Maks trafiają do miasta istniejącego tylko we śnie. Im głębiej wchodzą w jego ulice, tym wyraźniej coś w tym miejscu zaczyna ich rozpoznawać.
Od kilku tygodni Lena wracała w tym samym śnie do miasta, którego nie umiała zapomnieć. Wąskie uliczki tonęły w bladoniebieskim świetle latarni, bruk lśnił po deszczu, a cienie przesuwały się po murach jak cudze wspomnienia. Zawsze kończyła pod wysoką wieżą zegarową. Zawsze patrzyła na tarczę, na której godzina nie miała prawa istnieć.
Rano wszystko gasło. Zostawały lekcje, sprawdziany i krótkie rozmowy z Maksem, który pierwszy zauważył, że Lena chodzi ostatnio jak ktoś wybudzony w pół zdania.
Lena wzruszyła ramionami, ale nie odwróciła wzroku.
Maks parsknął cicho, jednak w jego twarzy zostało coś czujnego. Gdyby powiedziała mu o mieście, uznałby to za sen, dziwny zbieg obrazów, może po prostu zmęczenie. A ona chciała tam wrócić zbyt mocno, żeby pozwolić sobie na żart.
Zasnęli nad otwartym podręcznikiem do biologii późnym wieczorem, każde z głową opartą o własne notatki. Lena obudziła się pierwsza. Nie w pokoju. Nie w domu. Nie nawet w żadnym miejscu, które znała.
Leżała na chłodnym bruku, a nad nią wisiało miasto ze snu, tylko wyraźniejsze, ostrzejsze, bardziej prawdziwe niż cokolwiek o tej porze dnia powinno być. Obok poruszył się Maks.
To chyba nie jest... - urwał, podnosząc głowę.
Nie - odpowiedziała Lena, choć sama nie wierzyła w własny głos.
Wstali powoli. Powietrze pachniało ozonem i mokrym kamieniem. Coś cichego drżało w witrynach sklepów, w szybach okien, w ciemnych przejściach między kamienicami. Miasto nie było puste. Miało w sobie obecność, która patrzyła, zanim jeszcze zdążyli spojrzeć.
Ruszyli przed siebie jedyną ulicą, którą Lena rozpoznawała z powracających snów. Na rogu, na wysokim murze, siedziała dziewczyna w ciemnym płaszczu. Z jej pleców wyrastały cienkie, srebrzyste skrzydła, nieruchome tylko przez chwilę, jakby słuchały tego samego, czego oni jeszcze nie słyszeli. Dziewczyna spojrzała prosto na Lenę, skinęła głową i wskazała palcem w głąb bocznego zaułka.
Po sekundzie zniknęła we mgle.
W zaułku stały drzwi. Zwyczajne tylko z pozoru, z mosiężną kołatką i spękanym lakierem, jakby ktoś próbował je ukryć, zamiast zamknąć. Lena poczuła nagły ucisk w piersi. Te drzwi nie czekały na przypadkowych przechodniów.
Ujęła dłoń Maksa.
Przekroczyli próg.
Po drugiej stronie nie było ulicy. Nie było też mroku. Znaleźli się w ogromnej sali pełnej ludzi w maskach zwierząt. Stali nieruchomo, bez jednego słowa, i wszyscy patrzyli na nich tak, jakby przyszli spóźnieni na coś, czego nie powinni zobaczyć. Na środku podłogi leżał otwarty tom. Obok niego stał zegar, ten sam, który Lena widywała we śnie, tylko teraz wskazówki nie biegły do przodu, lecz gwałtownie cofały się po tarczy.
Wtedy w sali rozległ się głuchy dźwięk, jakby coś ogromnego poruszyło się tuż pod posadzką.
I wszystkie maski jednocześnie odwróciły się ku nim.