Lena, Michał i Kacper trafiają do zamkniętych podziemi starego Miasta Portowego. Im głębiej schodzą, tym wyraźniej czują, że coś w ciemności zna ich obecność.
Wieczór w Starym Mieście Portowym miał w sobie ciężar, który trudno było nazwać. Powietrze było ciepłe i wilgotne, niosło sól, oddech morza i zapach rozgrzanych kamieni. Lena szła pierwsza, za nią Michał, a Kacper zamykał pochód, co chwila zerkając za siebie, jakby spodziewał się, że ktoś w każdej chwili odetnie im drogę powrotną.
Port w dzień pękał od turystów i hałasu, ale po zmroku gasł, zwijał się w siebie, stawał się pustą sceną. Boczne alejki przy Nadbrzeżu były niemal czarne, a ich latarki wycinały z mroku tylko wąskie, drżące fragmenty murów, zakratowanych okien i starych drzwi, których nikt już nie otwierał bez powodu.
Powód mieli właśnie przed sobą: opuszczony magazyn stojący na skraju nabrzeża. Tabliczka z napisem „Wstęp wzbroniony” wisiała przekrzywiona, zjedzona rdzą. Deski przy wejściu paczały pod każdym podmuchem wiatru, jakby budynek oddychał przez zaciśnięte zęby.
– Widziałem tu coś wczoraj – powiedział Michał, ściszając głos mimo pustki wokół. – Ruch między skrzyniami. Nie wyglądało to na szczura.
Lena odwróciła się z półuśmiechem.
– Jasne. A może duch portowego księgowego?
– Śmiej się, jeśli chcesz – odparł. – Ja tylko mówię, że coś tu było.
Kacper nie komentował. Przesunął dłonią po karku, po czym podszedł bliżej drzwi. Zawsze był najostrożniejszy z nich trojga, ale ciekawość miała tę przewagę, że potrafiła zagłuszyć rozsądek. Pchnął skrzydło. Zaskrzypiało tak głośno, jakby w środku ktoś od dawna czekał, aż wreszcie je poruszą.
Wewnątrz panował zaduch. Pachniało stęchlizną, mokrym drewnem i solą, która wżarła się w ściany przez lata. Promienie latarek sunęły po rzędach starych beczek, skrzyniach i porzuconych workach, których zawartość dawno straciła znaczenie. Wszystko wyglądało tak, jakby ktoś wyszedł stąd w pośpiechu i już nigdy nie wrócił.
Lena podeszła do najbliższej skrzyni. Na spękanej desce dostrzegła znak wyryty głęboko, z precyzją, która nie pasowała do zwykłego oznaczenia towaru: stylizowaną latarnię morską z ukrytym w środku płomieniem.
– Zobaczcie to – szepnęła.
Michał zbliżył latarkę.
– Ktoś zrobił to niedawno.
Kacper zmrużył oczy. – W takim miejscu? Po co?
Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, z głębi magazynu dobiegł krótki, mokry trzask. Jakby coś ciężkiego spadło do wody.
Potem rozległ się szum. Nie był głośny, ale miał w sobie coś niepokojącego, bo nie pasował do zamkniętego budynku. Brzmiał tak, jakby pod podłogą płynął niewidoczny strumień.
– To fundamenty – powiedział Kacper, lecz sam nie uwierzył w swoje słowa.
Ruszyli ostrożnie w stronę tylnej ściany. Za stertą skrzyń ukazały się stare, drewniane drzwi. Były uchylone na kilka centymetrów. Z wnętrza wypływał zimny przeciąg, niosący ze sobą zapach głębokiej wody, wilgotnego kamienia i czegoś jeszcze, metalicznego, ostrego, trudnego do uchwycenia.
Michał przyklęknął i przyłożył ucho do szczeliny.
– Słyszycie to?
Lena nie odpowiedziała. Wpatrywała się w drzwi, bo miała wrażenie, że spod szczeliny przemyka blade światło. Nie było stałe. Pulsowało. Jak sygnał. Jak ostrzeżenie.
Kacper popchnął drzwi szerzej.
Za nimi zaczynały się kamienne schody prowadzące w dół. Schodziły pod magazyn, pod ulice, pod całe Miasto Portowe. Ściany były wilgotne, a miedziane rury biegnące wzdłuż korytarza miejscami przeciekały, zostawiając na posadzce ciemne plamy. Z każdą sekundą cisza stawała się cięższa.
Na końcu korytarza mrugało blade światło.
I właśnie wtedy Lena zobaczyła ślady.
Świeże, mokre odciski stóp prowadziły przez kamień w stronę ciemności, prosto ku temu migotaniu, jakby ktoś przed chwilą przeszedł tędy boso i wcale nie chciał, by ktokolwiek za nim szedł.
Lena zacisnęła palce na latarce.
– Kto to zostawił? – wyszeptała.
Odpowiedziało jej tylko echo własnego głosu i ciche kapanie wody gdzieś głębiej pod ziemią.