Przemek i Lena znajdują na strychu ukrytą drabinę, która prowadzi do świata nad ich miasteczkiem, gdzie chmury mają mosty, zamki i własne tajemnice.
Przemek lubił strych dziadka bardziej niż cały dom. Pachniało tam kurzem, starym papierem i drewnem, a między pudłami i kuframi zawsze mogło kryć się coś niezwykłego. Tym razem nie był sam. Lena dreptała tuż za nim, zadarła głowę i przyglądała się pajęczynom zwisającym spod krokwi.
Naprawdę myślisz, że coś znajdziemy? - spytała szeptem.
Jeśli tu nie ma nic ciekawego, to dziadek na pewno dobrze się maskuje - odparł Przemek i przesunął ciężką skrzynię z pożółkłymi mapami.
Coś zaszurało pod nią. Z ciemności wystawał wąski kawałek drewna, zbyt równy, by był zwykłą belką. Przemek uklęknął, odgarnął kartony i zamarł. Przy ścianie, przymocowana do sufitu, tkwiła stara, składana drabina. Cienka, wysoka, jakby czekała właśnie na nich.
Przemek dotknął pierwszego szczebla. Drabina drgnęła, a w suficie rozległ się cichy trzask. Deska nad nimi odsunęła się o włos i odsłoniła czarny otwór, z którego powiało chłodem. Nie było tam kurzu ani myszy. Tylko dziwny zapach deszczu i czegoś bardzo dalekiego.
Przemek spojrzał na Lenę. Oboje wiedzieli, że powinni zejść na dół i zawołać dziadka. Ale nikt nie zostawia w suficie ukrytej drabiny bez powodu.
Wspięli się ostrożnie, szczebel po szczeblu, aż ciemność zaczęła blednąć. Tunel skończył się nagle. Przemek wysunął głowę pierwszy i otworzył szeroko oczy. Nad ich domem nie było dachu.
Były chmury.
Miękkie, gęste i świetliste, rozciągały się aż po horyzont jak biała, falująca ziemia. Po nich biegły wąskie mosty z mgły, a w oddali wyrastały wieże i zamki z obłoków, połyskujące jak srebro. Nad ich głowami przemknął olbrzymi ptak o skrzydłach szerokich jak żagle, a gdzieś dalej coś poruszyło się w białym świetle i zniknęło.
Lena ścisnęła dłoń Przemka tak mocno, że aż zabolało.
W tej samej chwili z mgły wyłoniła się postać w długiej, jasnej pelerynie. Szła prosto ku nim po chmurze, coraz bliżej, a jej twarz wciąż ginęła w srebrnym blasku...