Podróżnicy czasu

Na starym strychu Jack i Emma znajdują zegar, który nie powinien istnieć. Jedno dotknięcie wystarcza, by przenieść ich w nieznane miejsce i czas.

Słońce dopiero wspinało się nad małym miasteczkiem Feldon, kiedy Jack i Emma cicho wspinali się po skrzypiących schodach na strych starego domu jej rodziców. W powietrzu pachniało kurzem, drewnem i czymś jeszcze, jakby dawno zapomnianą tajemnicą.

Emma szła pierwsza, z szerokim uśmiechem i latarką w ręku. „Jeśli znajdziemy tu mapę skarbu, to dzielimy się po równo” - szepnęła. Jack tylko przewrócił oczami, choć jego palce mocniej zacisnęły się na latarce.

Na strychu piętrzyły się pudełka, stare koce i stosy książek z pożółkłymi kartkami. Nic niezwykłego - aż do chwili, gdy Emma odsunęła jedno z pudeł i zamarła.

„Jack... chodź tutaj” - powiedziała ciszej niż zwykle.

W kącie, pod warstwą pajęczyn, stał zegar wysoki prawie do jej ramion. Jego obudowa była z ciemnego drewna, a tarcza przypominała nie zwykłą tarczę, tylko mapę świata rozciągniętą na metalowym kole. Zamiast cyfr widać było dziwne znaki i daty, które nie powinny tam być.

Jack pochylił się bliżej. „To chyba nie jest zwykły zegar”.

Emma przetarła palcem zakurzoną powierzchnię. W tej samej chwili coś błysnęło pod szkłem, jakby wewnątrz przeskoczyła iskra. Zegar zabrzęczał cicho, potem głośniej. Wskazówki drgnęły same z siebie.

„Emma, nie dotykaj tego” - rzucił Jack, ale było już za późno.

Gdy jej palec musnął jedną z dziwnych dat, świat pękł jak cienka szyba. Strych zawirował, deski pod stopami zniknęły, a wiatr uderzył ich prosto w twarze. Jack chwycił Emmę za rękę, lecz zamiast podłogi poczuli tylko wir powietrza i lodowaty błysk światła.

A potem wszystko ucichło.

Kiedy otworzyli oczy, nie było już strychu, kurzu ani domu Emmy. Stali na miękkim, wilgotnym mchu pośrodku lasu tak ogromnego, że jego korony ginęły wysoko w chmurach. Drzewa miały poskręcane pnie, a między gałęziami poruszały się stworzenia, których Jack i Emma nie potrafili nawet nazwać.

Emma ścisnęła jego dłoń tak mocno, że aż zabolało. „Jack... gdzie my jesteśmy?”

Wtedy z gęstwiny rozległ się trzask łamanej gałęzi. Ktoś albo coś zbliżało się w ich stronę. Powietrze zgęstniało, a między pniami pojawił się wysoki cień z czymś połyskującym w ręku.