Podziemne korytarze Krakowa

Cztery osoby wchodzą do ukrytych tuneli pod Starym Miastem i natrafiają na coś, czego nie powinno tam być. Pierwszy dzień wakacji szybko zmienia się w próbę odwagi.

Czerwcowe popołudnie nad Krakowem wisiało ciężko i lepko, jakby burza nie tyle nadchodziła, co już krążyła między wieżami. Kamienne uliczki parowały po upale, z kawiarni wylewał się gwar, a turyści szukali cienia pod markizami. Lena, Maks, Julia i Szymon szli pod prąd temu letniemu rozleniwieniu, zbyt podekscytowani pierwszym dniem wakacji, żeby zmarnować go na siedzenie bezczynnie.

Nie byli szkolną paczką z przypadku. Łączyło ich to, co zwykle ściąga ludzi w najdziwniejsze miejsca: ciekawość, upór i odrobina szaleństwa. Lena rysowała wszystko, co wydawało jej się warte zapamiętania. Maks widział świat przez obiektyw aparatu. Julia nie cofała się przed żadnym wyzwaniem, jeśli tylko brzmiało choć trochę jak przygoda. Szymon zaś znał historię starego Krakowa tak dobrze, jakby wyrósł razem z jego murami.

Czekali przy Bramie Floriańskiej, wśród rozgadanych grup i błyskających telefonów, aż Szymon wyciągnął ich w stronę wąskiego zaułka między kamienicami. — Widzicie tamte drzwi? — zapytał ciszej, niż wymagało to miejsce. — Podobno podczas dawnego pożaru ktoś znalazł za nimi zejście do podziemi. Potem wejście zniknęło z map i zostały tylko plotki.

Zaułek wyglądał jak nic szczególnego. Kamienna ściana, wciśnięta między pnącza bluszczu, stare skrzydło drzwiowe tak zardzewiałe, że niemal zlewało się z murem. Gdy Szymon pchnął je ramieniem, odezwały się przeciągłym jękiem, a w szczelinie otworzyła się czerń gęsta jak sadza.

Pierwszy powiew z wnętrza był lodowaty. Pachniał wilgocią, kurzem i czymś jeszcze, czymś dawnym, zamkniętym zbyt długo pod ziemią. Schodzili ostrożnie po kamiennych stopniach, a echo ich kroków odbijało się od ścian tak, jakby tunel był większy, niż powinien. Maks podniósł aparat i zrobił kilka zdjęć, ale błysk lampy tylko na moment rozdarł ciemność.

Po kilku metrach korytarz rozszerzył się nagle w małe skrzyżowanie. Trzy odnogi rozchodziły się w różne strony: w lewo, w prawo i prosto. Na cegłach widać było wyblakłe znaki, a pod palcami Julii jedna z kamiennych płytek poruszyła się z suchym kliknięciem. W tej samej chwili gdzieś w ścianie zaskrzypiał metal.

— Słyszeliście to? — szepnęła Lena.

Nie zdążyli odpowiedzieć. Z lewego korytarza wypłynęła wąska smuga światła, jakby ktoś niósł latarkę albo pochodnię. Po chwili dobiegł ich odgłos kroków. Wolnych. Pewnych. Zbliżających się prosto do nich.