Marta, Bartek i Kaja trafiają do podziemnego miasta ukrytego wśród zębów olbrzyma. W lodowych tunelach Molarionu czai się tajemnica, a mieszkańcy drżą na sam dźwięk szczoteczek.
Marta weszła do laboratorium spóźniona o kilka minut, z włosami jeszcze wilgotnymi po deszczu i głową pełną wzorów, które nie chciały się ułożyć. Na stole czekał prototyp nanorobotów do czyszczenia zębów. Małe kapsuły w przezroczystej fiolce wyglądały niepozornie, ale cały wydział mówił o nich od tygodni. Marta właśnie sięgała po notatnik, kiedy telefon zawibrował jej w kieszeni.
Bartek nie zwykł dzwonić bez powodu. Kiedy odebrała, w słuchawce usłyszała tylko przyspieszony oddech i zduszony szept.
– Marta, musisz tu przyjechać. Natychmiast.
– Gdzie jesteś?
– W Jaskini Szepty. I to, co znaleźliśmy, nie mieści się w żadnym podręczniku.
Godzinę później stali we trójkę przy wejściu do tunelu, gdzie skała przechodziła w coś gładkiego, chłodnego i zbyt równego, by mogło być naturalne. Bartek prowadził ich coraz głębiej, z latarką uniesioną wysoko, jakby sam bał się własnego odkrycia. Kaja, która znała biotechnologię lepiej niż większość ludzi znała własne mieszkania, dotknęła ściany i cofnęła dłoń.
– To nie jest kamień – szepnęła.
Biel pod palcami miała połysk szkliwa.
Marta przesunęła światło po łukowatych korytarzach. Tunel opadał w dół, rozgałęział się, zwężał, a potem otwierał w ogromną komnatę, tak wysoką, że jej sklepienia tonęły w ciemności. Przez chwilę nikt się nie odzywał. Dopiero wtedy dotarło do niej, że to, na co patrzą, przypomina wnętrze szczęki. Ogromnej. Niemożliwej. Jakby pod górami spoczywała twarz czegoś, co dawno powinno było przestać oddychać.
Z mroku dobiegł ich cichy chichot.
Na skraju światła pojawiły się postacie w szarych fartuchach. Były niewysokie, ruchliwe i zaskakująco czujne, a ich głowy zwężały się ku górze jak końcówki szczoteczek. Najstarsza z nich wysunęła się naprzód i złożyła dłonie na piersi w geście, który miał chyba udawać uprzejmość.
– Witamy w Molarionie – powiedziała. – Spodziewaliśmy się gości, ale nie ludzi z powierzchni. Zwłaszcza nie takich, którzy niosą ze sobą szczoteczki.
Kaja spojrzała na Bartka z niedowierzaniem.
– Oni… boją się szczoteczek?
Zanim ktokolwiek zdążył odpowiedzieć, w głębi korytarza zapaliło się zielonkawe światło. Po chwili rozległ się dźwięk przypominający przeciągły pisk metalu, a potem szuranie, które rosło z każdą sekundą. Mieszkańcy Molarionu zamarli. Ich twarze pobladły.
Najstarsza istota cofnęła się o krok.
– Jeśli to znów wraca… – wyszeptała.
Z tunelu napłynął lodowaty podmuch. Marta mocniej zacisnęła palce na swojej miniaturowej szczoteczce sonicznej, kiedy coś dużego i ciemnego poruszyło się tuż za granicą światła.