Podziemne Królestwo Zębolandii

Tymek trafia do ukrytego królestwa w swojej jamie ustnej. Gdy z mroku wychodzą Próchnicowie, musi zdecydować, czy jeszcze zdąży odzyskać kontrolę nad tym, co właśnie się budzi.

W deszczowe popołudnie Tymek stał przed lustrem w łazience i z miną człowieka, który wie, że za chwilę wygra z własnym lenistwem, lecz nie jest jeszcze gotów się poddać, patrzył na swoje zęby. Szczoteczka czekała w jego dłoni, mokra i zimna, a on przeciągał ten moment z uporem, który od kilku dni zaczynał mu już samemu działać na nerwy.

Kiedy w końcu przybliżył ją do ust, coś drgnęło. Nie w łazience. W nim. Poczuł nagły podmuch, jakby po drugiej stronie szkliwa otworzyła się szczelina prowadząca w ciemność. Powietrze zaszumiało, lustro zamgliło się na ułamek sekundy, a potem świat pękł mu pod stopami.

Spadł bezgłośnie na miękki, ciepły grunt, który pulsował pod ciężarem jego dłoni. Podniósł głowę i zamarł. Stał na języku wielkim jak wzgórze, w sali rozświetlonej mlecznym blaskiem. Wokół wznosiły się kolumny z zębów, gładkie i białe, tak idealne, że wyglądały nieludzko. Między nimi biegały drobne postacie w połyskujących fartuchach, z czapkami przypominającymi wyszczotkowane włókna.

– Tymek! – krzyknęła jedna z nich, energicznie przeciskając się przez tłum. Miała ostre spojrzenie i postawę dowódcy. – Jestem Kapitan Płytka. Jeśli słyszysz nas teraz, to znaczy, że Zębolandia jeszcze się trzyma. Ale nie na długo.

Z ciemniejszego korytarza za kolumnami dobiegł szelest, lepki i chrobotliwy zarazem. Zrobiło się cicho, aż za cicho. Z cienia wypłynęły smugi czerni, gęste jak sadza, i zaczęły rozlewać się po jasnej posadzce. Słychać było tylko szept: „cukier, cukier, cukier”.

Kapitan Płytka zesztywniała.

– Próchnicowie – powiedziała już ciszej. – Wczoraj byli tylko przy granicy. Dziś weszli do środka.

Jeden z cieni odwrócił się powoli w stronę Tymka. Bez twarzy, bez oczu, a jednak Tymek miał pewność, że został zauważony. W jego dłoni szczoteczka wydała się nagle cięższa, prawdziwsza, niemal groźna. Próchnicowie przesunęli się o krok bliżej.

I wtedy coś zaszurało za jego plecami.