Marta, Adam i Igor trafiają na ślad tuneli pod Kaliszem. Nocne wejście pod ziemię szybko zamienia się w coś znacznie bardziej niepokojącego niż zwykła wakacyjna przygoda.
W połowie lipca Kalisz wyglądał, jakby ktoś przykrył go rozgrzaną folią. Powietrze drżało nad brukiem, tramwaje sunęły ospale, a centrum pustoszało jeszcze przed wieczorem. Marta nienawidziła takich wakacji: dusznych, nieruchomych, przeciągających się bez sensu. Rodzice utknęli w pracy, więc ona i Adam mieli zostać w mieście do końca sierpnia. Zapowiadało się kilka tygodni nudy, dopóki nie pojawił się Igor.
Spotkali go pod opuszczonym kinem „Echo”. Siedział na betonowej donicy z notatnikiem na kolanach i latarką w kieszeni, jakby nawet w pełnym słońcu czekał na coś ukrytego w cieniu. Igor zawsze wyglądał, jakby był o krok przed resztą świata. Marta znała go z widzenia, Adam uważał go za dziwaka, a jednak to właśnie on pierwszy odezwał się tego dnia.
– Słyszeliście o tunelach pod miastem? – zapytał bez wstępu. W jego głosie nie było żartu. – W bibliotece trafiłem na starą mapę. Nie powinna tam leżeć. Ktoś ją ukrył, a potem o niej zapomniał.
Wyjął z plecaka pożółkły arkusz. Pergamin był cienki jak skóra, a naniesione na nim linie wiły się pod dawnymi ulicami miasta. Marta pochyliła się bliżej. Symboli nie rozumiała, ale jeden z nich znieruchomiał jej wzrok bardziej niż reszta: mały znak przy samym środku mapy, obok krzyżyka i daty zapisanej odręcznie, tak niewyraźnie, że ledwie dało się ją odczytać. Adam przełknął ślinę.
– Chcesz tam wejść? – spytał.
Igor skinął głową.
– Dziś w nocy. Jeśli to tylko legenda, wrócimy i będziemy się z was śmiać do końca wakacji. Jeśli nie…
Nie dokończył, bo za ich plecami rozległ się przeciągły skrzyp starych zawiasów. Ktoś otworzył furtkę prowadzącą na zaplecze kina. Wszyscy troje odwrócili się jednocześnie. W cieniu stała wysoka sylwetka. Twarz nieznajomego ginęła w półmroku, ale Marta wyraźnie widziała, że patrzy prosto na mapę w rękach Igora.
Przez jedną krótką sekundę nikt się nie poruszył. Potem mężczyzna uniósł palec do ust, jakby ostrzegał ich przed czymś, czego nie wolno było powiedzieć na głos.
– O północy – wyszeptał Igor, a jego głos nagle stracił pewność. – Wracamy tutaj o północy.
Marta nie odpowiedziała. Dopiero kiedy wracała do domu rozpalonymi ulicami, poczuła, że ktoś idzie za nimi zbyt równo, zbyt cicho. Odwróciła się tylko raz, na rogu przy starym murze kina. Furtka była już zamknięta, ale na metalu widać było świeży ślad dłoni, jakby ktoś przed chwilą stał po drugiej stronie i czekał, aż wybije północ.