Czwórka przyjaciół wynajmuje stare pokoje w pensjonacie pod Wrzosową Górą. Kiedy zapada noc, w pustych korytarzach budzi się coś, czego Staśko wolałby nie nazywać.
Maja, Lena, Adam i Igor spakowali plecaki jeszcze w mieście, zanim ktokolwiek zdążył namówić ich na coś rozsądniejszego. Od tygodni myśleli tylko o weekendzie pod Wrzosową Górą, o dzikich polach, ciemnym lesie i pensjonacie, który miał im dać kilka dni ciszy przed maturą.
Staśko przyjął ich bez zbędnych pytań. Jego pensjonat stał trochę na uboczu, jakby sam się odsunął od wsi. Drewniany ganek jęknął pod ich krokami, w sieni pachniało kurzem, starym mydłem i lawendą, która dawno już straciła świeżość. Gospodarz, siwobrody i suchy jak gałąź, zaprowadził ich na poddasze, do dwóch sąsiadujących pokoi z niskimi sufitami i oknami wychodzącymi na wzgórza.
Adam prychnął dopiero, gdy Staśko zniknął za drzwiami. Bardziej od piwnicy interesował go taras i widok na bladoniebieskie pasmo wzgórz. Lena jednak nie patrzyła na krajobraz. Siedząc przy oknie, zauważyła pod parterowym oknem rozerwaną zasłonę, która zwisała jak mokry płat materiału. Pod nią coś drgnęło. Albo tylko jej się zdawało.
Widzieliście to? - spytała.
Pewnie cień - odparł Igor, choć sam spojrzał tam jeszcze raz.
Wieczorem wieś zgasła niemal od razu. Ostatnie światła w oknach przygasły, a wokół pensjonatu zrobiło się tak cicho, że każdy oddech brzmiał zbyt głośno. Maja leżała na łóżku i wsłuchiwała się w noc, kiedy Lena uniosła głowę.
Coś przeszło korytarzem.
Nie był to wyraźny krok, raczej cichy, stłumiony szelest, jakby ktoś ostrożnie stawiał stopy po starych deskach.
Maja skinęła głową.
Igor już sięgał po telefon, jakby światło ekranu mogło rozproszyć napięcie. Adam podszedł do drzwi i przycisnął do nich ucho, ale zaraz odsunął się o krok. Zamek, który przed chwilą był zamknięty, nagle poruszył się sam. Drzwi skrzypnęły powoli, centymetr po centymetrze, jakby ktoś po drugiej stronie próbował wejść bardzo ostrożnie.
Wszyscy zastygli.
Lena podeszła pierwsza. Wyciągnęła rękę do klamki, lecz nim jej dotknęła, z głębi korytarza dobiegł przeciągły dźwięk, ciężki i chropawy, jakby coś metalowego zsunęło się po deskach. Żarówka pod sufitem zamigotała raz, drugi, trzeci.
W tym migotliwym świetle Maja zobaczyła na ścianie czyjś cień.
Tylko że w korytarzu nie powinno być nikogo.