Troje dorosłych przyjaciół odkrywa na siódmym piętrze kamienicy drzwi, które nie powinny istnieć, i trafia na granicę świata, gdzie logika zaczyna pękać.
Na siódmym piętrze starej warszawskiej kamienicy cisza nie była zwykłą ciszą. Miała w sobie ciężar kurzu, wilgoci i czegoś jeszcze, czego nie dawało się nazwać, jakby budynek oddychał powoli przez popękane mury. Schody jęczały pod każdym krokiem, a nocne światło z klatki schodowej rozlewało się po ścianach bladym, chorym połyskiem. W czwartkowy wieczór właśnie tutaj spotkali się Leon, Matylda i Patryk.
Leon wynajął mieszkanie pod samym dachem dwa miesiące wcześniej i od tamtej pory coraz częściej budził się z wrażeniem, że ktoś stoi po drugiej stronie drzwi. Nie mówił o tym głośno, dopóki nie pojawiło się coś znacznie bardziej niepokojącego. Naprzeciwko jego mieszkania wyrósł nagle drugi wejściowy portal, jakby wciśnięty między ścianę a rzeczywistość. Drzwi były stare i nowe jednocześnie. Miały rzeźbione ornamenty, których nie dało się przypisać żadnemu znanemu stylowi, a ich kolor zmieniał się przy każdym ruchu głowy, raz wpadając w grafit, raz w głęboką zieleń, raz w coś, co wyglądało jak ciemne złoto po burzy.
— Przysięgam, wczoraj tego tu nie było — powiedział Leon, kładąc dłoń na chłodnej, połyskującej klamce.
— Albo ktoś robi sobie wyjątkowo kiepski żart, albo oszalałeś — odparła Matylda, ale nie cofnęła się ani o krok.
Patryk spojrzał najpierw na drzwi, potem na korytarz za nimi, jakby szukał ukrytej kamery. — O drugiej w nocy nikt nie montuje takich rzeczy. Chyba że chce, żebyśmy weszli.
Klamka drgnęła pod palcami Leona. Sama przekręciła się z cichym kliknięciem, które zabrzmiało zbyt wyraźnie w martwej ciszy piętra. Drzwi otworzyły się bezgłośnie, odsłaniając gęstą, neonową mgłę pulsującą bladymi smugami błękitu i fioletu. Za progiem nie było ściany ani kolejnego mieszkania. Była głębia, ciemność rozcięta światłem, jakby ktoś rozsunął zasłonę na mieście widzianym przez sen.
Matylda zrobiła ostrożny krok naprzód. Jej cień, zamiast zostać na podłodze, rozlał się po niej i poruszył osobno, z opóźnieniem, które wydawało się niemożliwe. Z wnętrza dobył się cichy śmiech. Nie ludzki. Metaliczny, wysoki, jakby odbijał się od pustych klatek schodowych gdzieś daleko w dole.
Patryk odruchowo wyciągnął rękę, żeby ją zatrzymać, ale Leon już przekraczał próg. W tej samej chwili kamienica za ich plecami zaczęła się oddalać, ściany zmiękły i pociemniały, a pod stopami pojawił się korytarz utkany ze światła, ciągnący się w nieskończoność. Na jego końcu stała sylwetka. Miała nieruchomą twarz i oczy tak niebieskie, że aż nieludzkie. Wokół niej wirowały papierowe płatki, układając się w zdanie, które zdawało się płynąć wprost z powietrza:
"Przyszliście, bo szukacie odpowiedzi. Ale czy jesteście gotowi usłyszeć, co naprawdę jest po drugiej stronie?"
Wtedy drzwi za nimi zatrzasnęły się z hukiem, a światło wybuchło im prosto w oczy.