Helenka i Kuba trafiają do zamkniętego skrzydła biblioteki, gdzie w starym lustrze czeka przejście do niezwykłego świata.
Helenka lubiła stare książki bardziej niż nowe. Te stare miały zapach kurzu, kleju i przygód, jakby w środku ktoś schował oddech dawno minionych czasów. Właśnie dlatego, kiedy mama poprosiła ją o odebranie książki z miejskiej biblioteki, dziewczynka nawet się ucieszyła.
Kuba ucieszył się jeszcze bardziej. Był od Helenki młodszy, ale za to odważniejszy od całej reszty klasy razem wziętej, przynajmniej według niego samego. Nie chciał zostać w domu, więc pobiegł z nią, zanim mama zdążyła zmienić zdanie.
W bibliotece panowała zwykła cisza, ale tego dnia cisza wydawała się podejrzana. Jakby ktoś ją rozciągnął i przycisnął do ścian. Za biurkiem siedziała starsza bibliotekarka w okularach na cienkim łańcuszku. Spojrzała na dzieci, uśmiechnęła się tylko kącikiem ust i bez słowa wskazała ręką korytarz w głąb budynku.
— Widziałeś to? — szepnęła Helenka.
Kuba już patrzył tam, gdzie pani pokazała. Na końcu korytarza stały drzwi, których wcześniej nie zauważyli. Były wąskie, ciemne i wyraźnie starsze od reszty biblioteki. Na klamce połyskiwał matowy pył, a drewno nosiło ślady tak głębokie, jakby ktoś drapał je paznokciami przez długie lata.
— Sprawdźmy — powiedział Kuba i zanim Helenka zdążyła go zatrzymać, pchnął drzwi.
Otworzyły się z cichym jękiem. Za nimi czekało opuszczone skrzydło biblioteki, chłodniejsze od reszty budynku. Powietrze pachniało tu starym papierem, wilgocią i czymś jeszcze, czymś metalicznym, obcym. Rzędy półek ginęły w półmroku, a między nimi zwisały pajęczyny tak cienkie, że niemal niewidoczne.
Kuba pierwszy zauważył coś na końcu sali.
Na ścianie, między wysoką szafą a stertą zakurzonych tomów, wisiało wielkie owalne lustro w mosiężnej ramie. Winorośle wyrzeźbione na brzegu wyglądały tak, jakby naprawdę rosły. Helenka podeszła bliżej i zamarła.
W lustrze nie było jej odbicia.
Zamiast niego wirowała srebrzysta mgła, a w niej migotały błyski zieleni, błękitu i złota. Lustro cicho brzmiało, jakby ktoś bardzo daleko uderzał palcem w kieliszek. Kuba wyciągnął rękę. Jego palce przeszły przez powierzchnię bez oporu, jak przez chłodną wodę.
— Helenka… to nie jest zwykłe lustro — wyszeptał.
Dziewczynka spojrzała przez mżącą taflę i zobaczyła po drugiej stronie jasną polanę, drzewa o dziwnie srebrnych pniach i coś, co przypominało małe, kolorowe stworzenia przemykające między paprociami.
Wtedy z głębi opustoszałego skrzydła dobiegł ich szept:
— Nareszcie przyszliście.
Helenka odwróciła się gwałtownie. Między regałami coś zaszeleściło, a z ciemności rozległy się ciężkie kroki, powolne i coraz bliższe.