Maja, Patryk i Lena odkrywają ukryte drzwi w zapomnianym zakątku miejskiej biblioteki. Za nimi czeka świat pełen blasku, dziwnych istot i tajemnicy, która właśnie ich wybrała.
Stara Miejska Biblioteka pachniała kurzem, starym papierem i chłodem kamiennych murów. Maja lubiła ten zapach, Patryk twierdził, że od niego człowieka swędzi nos, a Lena uważała, że w takich miejscach łatwiej usłyszeć coś, czego inni nie słyszą.
Dorośli omijali najdalsze regały. Tylko pani Zosia, bibliotekarka o siwych włosach upiętych w surowy kok, powtarzała, że książki źle znoszą hałas i jeszcze gorzej ciekawskie nosy. Dlatego właśnie troje przyjaciół każdego piątku wymykało się tam, gdzie półki sięgały sufitu, a między tomami zalegała cisza grubsza niż kurz.
Tego popołudnia Lena zatrzymała się nagle.
– Widzę światło – szepnęła.
Maja zmrużyła oczy. Za regałem z encyklopediami coś migotało, jakby ktoś zapalił maleńką lampę i zaraz ją przykrył dłonią. Patryk odsunął kilka grubych książek, które zachwiały się niebezpiecznie i z głuchym stukiem opadły z powrotem na półkę.
Za nimi nie było ściany.
Były drzwi.
Stare, drewniane, wąskie, tak dobrze wpasowane między regały, że trudno było uwierzyć, iż wcześniej ich nie zauważyli. Na środku skrzydła wyryto spiralę, głęboką i nierówną, jakby ktoś drapał ją w pośpiechu paznokciem albo ostrym gwoździem. Na klamce wisiał mały, ciężki klucz.
– To chyba nie jest normalne – mruknął Patryk, ale już sam brzmiał tak, jakby chciał, żeby ktoś go zaprzeczył.
Lena nie odpowiedziała. Chwyciła klucz, a metal był zimny jak kostka lodu. Przekręciła go ostrożnie.
Zamek kliknął.
Drzwi otworzyły się same, cicho i powoli, jakby czekały właśnie na nich. Za progiem nie było magazynu ani ciemnego korytarza. Rozciągał się tam świetlisty tunel, w którym wirowały kolorowe iskry. Z głębi dobiegał dźwięk dzwoneczków, śmiech, szelest czegoś lekkiego i żywego.
Maja ścisnęła rękę Leny.
– Wchodzimy? – spytała, choć serce waliło jej tak mocno, że ledwie słyszała własny głos.
Patryk przełknął ślinę i spojrzał za siebie, jakby spodziewał się, że w każdej chwili pojawi się pani Zosia. Nikt jednak nie nadchodził. Tylko tunel pulsował blaskiem, coraz jaśniejszym, coraz głębszym.
Zrobili jeden krok.
Potem drugi.
Powietrze zadrżało, świat zawirował, a wokół nich przemknęły smugi światła. Przez ułamek sekundy Maja miała wrażenie, że słyszy czyjś szept tuż przy uchu, ale słowa rozpłynęły się w pędzie.
A potem nagle wszystko ucichło.
Stali na rozświetlonej polanie, pośród drzew o liściach tak cienkich i kolorowych, jakby były ze szkła. Nad trawą unosiły się drobne iskierki, a w powietrzu wisiał słodki, obcy zapach. Pośrodku polany wznosiła się ogromna brama pokryta runami, wyższą od szkolnej sali gimnastycznej. Wokół niej krążyły dziwne stworzenia z czułkami i delikatnymi skrzydłami jak u motyli.
Jedno z nich podleciało bliżej.
Miało wielkie, lśniące oczy i głos cienki jak dźwięk dzwonka.
– Wreszcie jesteście – powiedziało. – Czekaliśmy na Strażników Portalu. Macie niewiele czasu.