Czworo nastolatków startuje w Międzyplanetarnych Zawodach Eksploracyjnych, lecz podczas lotu gubi łączność z bazą i trafia na nieznaną planetę pełną obcych sygnałów.
Kopuła obserwacyjna Zenith 7 pulsowała światłem i głosami. Po transparentnych ścianach stacji przesuwały się smugi statków startujących w stronę rubieży Mgławicy Oriona, a w powietrzu mieszały się języki, śmiech i nerwowe oddechy. Dla Mai, Alexiego, Zośki i Nilsa nie był to zwykły dzień. Po miesiącach treningów właśnie mieli wziąć udział w Międzyplanetarnych Zawodach Eksploracyjnych.
Ich drużyna, Orion X, nie wyglądała jak grupa przypadkowo dobranych uczestników. Alexi siedział już po stronie pilota i sprawdzał stery z taką pewnością, jakby statek był przedłużeniem jego rąk. Zośka miała przed sobą cały układ nawigacyjny i co chwilę poprawiała parametry, zanim jeszcze ktokolwiek zdążył cokolwiek zepsuć. Maja rozkładała notatki o próbkach skał i mikrośladach życia, a Nils obchodził kabinę, stukając w obudowy czujników, jakby słyszał w nich więcej niż inni.
Na odprawie sędzia mówił sucho i rzeczowo: odnaleźć próbkę niezwykłego minerału na jednej z planetoid przy granicy Mgławicy Oriona, wrócić w ciągu czterdziestu ośmiu godzin, nie złamać żadnego z przepisów. Zawody miały być testem refleksu, odwagi i współpracy. Maja czuła, jak serce uderza jej szybciej, kiedy zamykano za nimi właz lekkiego statku badawczego.
Start był gładki. W kabinie rozjarzyły się wskaźniki, silniki mruknęły nisko i statek wystrzelił w czarną przestrzeń. Przez kilka minut wszystko szło idealnie. Alexi prowadził pewną ręką, Zośka pilnowała kursu, Nils meldował odczyty, a Maja wypatrywała na ekranach czegoś, co mogłoby zdradzać obecność rzadkiego minerału.
Potem nawigacyjny wyświetlacz mignął raz, drugi i przeciął go wąski, nieregularny sygnał. Zośka zmrużyła oczy i nachyliła się bliżej panelu.
„To nie jest oznaczenie z mapy” - powiedziała ciszej, niż mówiłby ktoś, kto właśnie odkrył błąd w zadaniu. „Skąd bierze się ten impuls?”
Alexi zerknął na odczyt czasu. Mieli zapas. Mogli zignorować zakłócenie. Mogli trzymać się planu.
Ale sygnał był zbyt wyraźny, zbyt uporczywy, jakby coś po drugiej stronie próżni celowo wzywało właśnie ich.
„Sprawdźmy to tylko chwilę” - rzucił Nils, zanim ktokolwiek zdążył go powstrzymać.
Zmiana kursu trwała kilka sekund. Wystarczyło jednak, by statek wszedł w pas gęstej, fioletowej mgły, która nie figurowała na żadnej z map. Kadłub zadrżał tak mocno, że Maja musiała chwycić się fotela. Ekrany zamigotały. Łączność z bazą trzasnęła i zgasła.
„Nie mam sygnału” - powiedziała Zośka nagle napiętym głosem.
Za iluminatorem rozciągała się wirująca zasłona światła i pyłu, a gdzieś pod nią majaczyła ciemna, nieoznaczona planeta. Kiedy komputer pokładowy przetworzył kolejny obraz, na powierzchni globu pojawił się kształt tak regularny, że aż niemożliwy: ostre linie, kąty i ogromne geometryczne struktury, jakby ktoś wyrzeźbił je w skale nie ludzką ręką.
W kabinie zapadła cisza.
Wtedy właz ładowni zatrzeszczał i sam zaczął się otwierać, a do środka wlał się pulsujący, obcy blask.