Lea, Iwo i Max trafiają na ukryty korytarz pod bazą Lunarum. Na końcu czeka portal i pytanie, które może otworzyć coś, czego nikt na Księżycu nie powinien był znaleźć.
Stacja Lunarum nie zasypiała nigdy. Nawet kiedy na korytarzach gasły część świateł, baza wciąż oddychała własnym rytmem: szumem filtrów, drżeniem wind, krótkimi komunikatami rozchodzącymi się przez głośniki jak nerwowe szepty. Za panoramicznymi szybami rozciągała się czarna pustka, w której Ziemia wisiała nieruchomo i obco, jak ktoś obserwujący wszystko z daleka.
W podziemnym laboratorium Lea siedziała pochylona nad rozrzuconymi wydrukami, Iwo przewijał kolejne warstwy diagnostyki, a Max – jak zwykle zbyt niespokojny, by wytrzymać w jednym miejscu – przesuwał palcem po krawędzi terminala, czekając na cokolwiek, co przerwie monotonię dyżuru. Znali się od Akademii tak dobrze, że nie musieli dopowiadać zdań do końca. Każde z nich przyleciało na Księżyc z innym głodem: Lea chciała znaleźć coś, czego nie da się zamknąć w raporcie, Iwo wpatrywał się w systemy Lunarum jak w żywy organizm, a Max od pierwszego dnia szukał w tej bazie miejsca, które nie miało prawa istnieć.
To właśnie on pierwszy zauważył odchylenie. Nie alarm, nie awarię, tylko drobną, uporczywą anomalię w bilansie energii, za małą, by uruchomić procedury, i zbyt regularną, by ją zignorować. Ślad prowadził do nieużywanego magazynu na najniższym poziomie bazy. Pomieszczenia, do którego od lat nikt oficjalnie nie przypisywał żadnego zadania.
— Zobaczmy to sami — powiedział cicho Max. — Jeśli system się myli, stracimy pół godziny. Jeśli nie…
Nie dokończył.
Drzwi magazynu ustąpiły z oporem, jakby od dawna nikt nie próbował ich otwierać. Za nimi nie było jednak stert sprzętu ani zakurzonych pojemników, tylko stara winda serwisowa, schowana głębiej, niż wskazywały jakiekolwiek plany bazy. Jej panel świecił słabo, a cyfry na wyświetlaczu zmieniały się same, zanim zdążyli dotknąć przycisku.
Winda ruszyła bez szarpnięcia. Zjeżdżała długo, za długo, niż powinien pozwalać układ Lunarum. Kiedy w końcu stanęła, drzwi otworzyły się na ciemność tak gęstą, że ich latarki musiały ją niemal przeciąć.
Tunel był gładki, metaliczny i nienaturalnie czysty. Na ścianach połyskiwały znaki, których nie rozpoznawał ani Iwo, ani żaden katalog bazy. W powietrzu czuło się ledwo wyczuwalne ciepło, pulsujące w regularnym rytmie, jakby coś ogromnego oddychało za ścianą. Im dalej szli, tym mocniej narastało wrażenie, że nie są pierwszymi ludźmi w tym miejscu. Że ktoś albo coś już kiedyś czekało dokładnie na nich.
Tunel urwał się nagle w szerokiej komorze. Pośrodku, zawieszony kilka centymetrów nad podłogą, pulsował okrągły portal. Niebieskie światło rozlewało się po metalowych ścianach jak żywa ciecz. Obok, na jedynym sprawnym terminalu, migotał stary ekran z pojedynczym pytaniem:
CZY JESTEŚ GOTOWY NA ODKRYCIE?
Lea poczuła, że oddech więźnie jej w gardle. Iwo zrobił krok do przodu, jakby chciał sprawdzić odczyty, ale zatrzymał się w pół ruchu. Max patrzył w milczeniu na pulsującą powierzchnię portalu, jakby rozpoznawał coś, czego nie powinien był nigdy zobaczyć.
A potem światło po drugiej stronie nagle się zmieniło.