Ola wraca do starej biblioteki i schodzi do podziemi, gdzie za lustrzaną ścianą odkrywa portal prowadzący w nieznane.
Stara biblioteka w centrum miasta była jednym z niewielu miejsc, do których Ola wciąż wracała z własnej woli. Jako dziecko gubiła się tu między regałami, a teraz, już dorosła, przychodziła po zmroku, kiedy reszta miasta tonęła w deszczu i hałasie, a ona mogła odetchnąć w ciszy pachnącej papierem, kurzem i wilgocią.
Tamtego wieczoru budynek wydawał się dziwnie pusty. Ostatnie światło na parterze zgasło, drzwi do czytelni zatrzasnęły się gdzieś za jej plecami, a Ola, prowadzona bardziej instynktem niż ciekawością, zeszła w głąb bocznego korytarza, do części, do której zwykle nikt nie zaglądał. Deski podłogi jęknęły cicho, kiedy zatrzymała się przed wąskimi schodami prowadzącymi do podziemi.
Drzwi na dole były uchylone.
To samo już w sobie było niepokojące. Nikt ich nie zostawiał otwartych. Ola położyła dłoń na chłodnej klamce i pchnęła skrzydło szerzej. W nozdrza uderzył ją zapach starych ksiąg, zawilgoconego kamienia i czegoś jeszcze, czego nie umiała nazwać. Jakby powietrze po drugiej stronie od dawna czekało, aż ktoś je naruszy.
W piwnicy panował półmrok. Rzędy skrzyń, pęknięte katalogi i zakurzone regały tonęły w cieniu, ale jej uwagę od razu przyciągnęło coś przy ścianie. Ogromne lustro, oprawione w ciężką ramę porośniętą ornamentem przypominającym splątane pnącza, stało tam, jakby od zawsze należało do tego miejsca. A jednak Ola miała pewność, że widzi je pierwszy raz.
Podeszła bliżej.
W tafli zobaczyła siebie, lecz obraz nie był zwyczajny. Za jej plecami nie odbijały się półki ani schody. Zamiast tego w lustrze pulsowała mglista przestrzeń, rozświetlona bladym, drgającym blaskiem. Ola wstrzymała oddech i uniosła rękę. Tuż przed powierzchnią szkła poczuła chłód, ale też delikatne drżenie, jakby coś po drugiej stronie odpowiadało na jej ruch.
Wtedy za jej plecami zaszeleścił papier.
Odwróciła się gwałtownie. Nic. Tylko cień, regały i ciemność gęstniejąca przy suficie. Kiedy znów spojrzała w lustro, światło w nim przybrało na sile. Z ramy sączył się blask, który oplatał jej palce, nadgarstek, ramię, jakby ktoś niewidzialny próbował ją zatrzymać albo wciągnąć bliżej.
I wtedy usłyszała szept, cichy, tuż przy uchu:
Ola cofnęła się o pół kroku, ale lustro już nie wyglądało jak przedmiot. Było przejściem. Portalem. A po drugiej stronie coś właśnie poruszyło się w świetle i otworzyło oczy.