Oliwia odkrywa w piwnicy starej kamienicy drzwi, których nie powinno tam być. Za nimi zaczyna się świat, w którym granica między pamięcią, marzeniem i rzeczywistością natychmiast się rozmywa.
Deszcz tłukł o szyby tak uparcie, jakby chciał dostać się do środka. Oliwia siedziała przy biurku w swoim pokoju na najwyższym piętrze starej kamienicy w centrum miasta, wpatrzona w otwarty podręcznik do filozofii, choć od kilku minut nie czytała już ani jednego zdania. W ścianie za plecami coś zaskrzypiało, potem znowu się przesunęło, ciężko i niecierpliwie, jakby ktoś po drugiej stronie próbował przepchnąć mebel albo ukryć coś większego, niż powinien. Jazz z małego głośnika brzmiał zbyt cicho, by zagłuszyć to napięcie. Oliwia odsunęła krzesło. Potrzebowała tylko chwili ciszy, czegoś mocniejszego niż herbata i bardziej ludzkiego niż ten piątkowy wieczór, który zdawał się rozpadać na kawałki. Wzięła z szafki butelkę wina i zeszła na dół.
Piwnica kamienicy zawsze wydawała jej się miejscem zawieszonym poza czasem, ale tego wieczoru była jeszcze dziwniejsza niż zwykle. Powietrze było gęste od kurzu, starego drewna i słodkawego zapachu, którego nie umiała nazwać. Światło pojedynczej lampy drgało leniwie, rozlewając po cegłach blade, złote plamy. Schodziła ostrożnie po skrzypiących stopniach, aż nagle zatrzymała się w pół kroku. W ścianie, między dwoma rdzewiejącymi rurami, tkwiły małe drzwiczki. Nie pamiętała ich. Jeszcze rano nie było tam nic poza tynkiem, pęknięciem i odpadającą farbą. Teraz wisiała na nich mosiężna klamka, a pod nią przytwierdzono tabliczkę z wyblakłym napisem: „Przedsionek Wyobraźni. Wejdź, jeśli odważysz się marzyć.”
Oliwia długo patrzyła na napis, czując, jak po skórze przebiega jej chłodny dreszcz. Nie było w tym nic z dziecięcej ciekawości; raczej to osobliwe, nieprzyjemne przeczucie, że świat przed nią właśnie przesunął się o milimetr i że jeśli zrobi krok za wcześnie, coś się nieodwracalnie zmieni. Odwróciła głowę. Piwnica była pusta. Tylko krople wody stukały gdzieś w rurach, a cisza po nich rozciągała się zbyt szeroko. Oliwia zacisnęła palce na butelce, po czym puściła ją, jakby nagle stała się niepotrzebna. Pociągnęła za klamkę.
Za drzwiami nie było ciemności. Było światło, miękkie i pulsujące, jak oddech czegoś żywego. Oliwia postawiła stopę na wąskiej ścieżce i od razu poczuła, że podłoga pod nią nie przypomina żadnej podłogi, jaką znała. Przed nią rozciągała się ogromna przestrzeń bez ścian i sufitu, pełna zawieszonych w powietrzu migotliwych obrazów: urywków wspomnień, snów, słów, które nie zostały jeszcze wypowiedziane. Między nimi płynęły bezgłośne sylwetki, zbyt rozmyte, by uznać je za ludzi, a jednak poruszające się z wyraźnym celem. Jedna z nich odwróciła się ku niej. Twarz miała znajomą. A potem spojrzała na nią tym samym wzrokiem, który Oliwia widziała każdego ranka w lustrze. Postać wyciągnęła dłoń, a świat wokół nich zaczął gwałtownie pękać i przeobrażać się w coś, czego Oliwia nie umiała jeszcze nazwać.