Lena i trójka przyjaciół trafiają do opuszczonej willi, gdzie stare lustro okazuje się bramą do Elsewhere. Tam czeka na nich istota, która stawia warunek: tylko jedno może wrócić.
Zawsze ciągnęło mnie do miejsc, których inni woleli nie dotykać wzrokiem, ale tamtego wieczoru, przed willą Pod Platanami, nawet ja miałam ochotę zawrócić. Dom stał w ciemności jak coś, co dawno powinno się rozpaść, a jednak uparcie trzymało się ziemi. Wiatr szarpał gałęziami, deskami ganku i naszymi nerwami.
Siedzieliśmy we czwórkę: Michał, Zuza, Igor i ja. Igor świecił latarką po obdrapanej fasadzie, jakby szukał dowodu, że wszystko to jest tylko głupim żartem. Michał milczał, zbyt spokojny jak na kogoś, kto sam zgodził się tu przyjść. Zuza ścisnęła pasek plecaka i spojrzała na mnie pytająco, ale nie powiedziała ani słowa.
– Wyobrażacie sobie, że to miejsce naprawdę coś ukrywa? – mruknął Igor. – Nie jakieś bajki o duchach. Coś konkretnego. Jak szczelinę. Albo przejście.
Nikt mu nie odpowiedział. Otworzyliśmy skrzypiące drzwi i weszliśmy do środka, bardziej z uporu niż z odwagi. W salonie pachniało kurzem, wilgocią i czymś jeszcze, czego nie potrafiłam nazwać. Meble stały pod ścianami jak porzucone przez kogoś, kto wyszedł tylko na chwilę i już nie wrócił.
Wtedy zobaczyłam lustro.
Było ogromne, ciężkie, w złoconej ramie, z matową taflą, która łapała resztki światła z korytarza. Na środku ktoś przykleił wyblakłe zdjęcie grupy ludzi. Zatrzymałam się nagle. Jedna z twarzy na fotografii była do mnie uderzająco podobna. To nie było zwykłe podobieństwo. Miała ten sam ostry zarys policzków, ten sam odchylony podbródek, jakby patrzyła w obiektyw z tym samym rodzajem uporu.
Zrobiłam krok bliżej.
W odbiciu coś się poruszyło. Nie w pokoju. W lustrze. Delikatna, srebrzysta mgła zakłębiła się pod powierzchnią tafli, choć powietrze wokół było nieruchome. Zamarłam. Miałam wrażenie, że słyszę cichy szept, jakby ktoś oddychał po drugiej stronie szkła.
Wyciągnęłam rękę.
Palce przesunęły się po zimnej powierzchni i nagle zapadły w nią bez oporu, jak w wodę. Odruchowo cofnęłam dłoń, ale lustro nie było już lustrem. Fala rozeszła się po tafli szerokim drżeniem, a srebrny wir zaczął się otwierać, coraz szybciej, coraz głębiej.
– Michał! Zuza! Igor! – krzyknęłam.
Podeszli biegiem, a ich twarze w ułamku sekundy wyraźniały, potem bledły w poświacie, która wylała się z lustra na podłogę.
– Lena, co ty... – zaczął Michał.
Nie dokończył.
Wir szarpnął najpierw mnie, potem ich. Podłoga zniknęła spod nóg. Przez moment widziałam tylko rozmazane światło, czarne gałęzie za oknem i własne odbicie rozciągnięte w srebrnej głębi. A potem runęliśmy w ciszę.
Wylądowałam na miękkiej, chłodnej trawie, która miała połysk metalu. Nad nami unosiło się niebo przecięte ogromnymi kryształami, jakby ktoś zawiesił w nim odłamki szkła. Drzewa wokół miały przezroczyste liście, a ich cienkie gałęzie dźwięczały cicho, choć nie było wiatru.
– Gdzie my jesteśmy? – wyszeptała Zuza.
Na wzgórzu przed nami stała postać, zbyt nieruchoma, by nazwać ją człowiekiem. Kiedy odwróciła głowę, jej oczy rozbłysły srebrnym światłem. Nie usłyszeliśmy jej głosu uszami. Odezwał się prosto w mojej głowie, chłodno i wyraźnie:
– W Elsewhere. Tylko jedno z was może wrócić. Reszta zostanie tutaj... albo zapomni, kim naprawdę jest.