Kaja i Emil wchodzą do opuszczonej fabryki na obrzeżach miasta i odkrywają ukryty w podziemiach mechanizm, który nie powinien działać. Gdy jeden z nich uruchamia dźwignię, budynek zaczyna oddychać obcym światłem.
Kaja lubiła rzeczy, które większość ludzi omijała szerokim łukiem. Im bardziej miejsce wyglądało na martwe, tym bardziej chciała sprawdzić, co naprawdę ukrywa pod warstwą rdzy, kurzu i plotek. Dlatego tego dusznego, letniego wieczoru stała z Emilem przed opuszczoną fabryką na obrzeżach miasta i patrzyła na zębate cienie drzew rozciągnięte na pożółkłych murach.
„Naprawdę musimy tam wchodzić?” - zapytał Emil pół żartem, pół serio, poprawiając pasek torby z latarkami i przekąskami.
Kaja nie odpowiedziała od razu. Przesunęła dłonią po zardzewiałym płocie, znalazła wygiętą szczelinę i wsunęła się przez nią pierwsza. Emil zaklął cicho pod nosem, po czym przecisnął się za nią, a metal zapiszczał tak głośno, jakby cała okolica miała zaraz zapamiętać ich nazwiska.
Drzwi wejściowe były wyważone już dawno temu. W środku powitał ich zapach wilgoci, starego oleju i czegoś jeszcze, czego Kaja nie umiała nazwać - chłodnego, metalicznego napięcia, które nie pasowało do ruin. Latarki wyłowiły z mroku ogromne hale porośnięte bluszczem, połamane pasy transmisyjne i maszyny, które wyglądały tak, jakby przerwano im pracę w połowie ruchu. Echo ich kroków wracało z głębi budynku spóźnione o ułamek sekundy.
Schody do piwnicy znaleźli za metalowymi drzwiami ukrytymi w cieniu ściany. Na poręczy wisiała stara tabliczka ostrzegawcza, ale litery zbladły do tego stopnia, że dało się odczytać tylko jedno słowo: „NIE”.
Na dole było zimniej. Ściany pokrywały zacieki, a w niszach spoczywały rdzewiejące narzędzia, jakby ktoś zostawił je tam na chwilę i nigdy nie wrócił. Kaja skierowała światło latarki w głąb pomieszczenia i wtedy oboje znieruchomieli.
Pośrodku piwnicy stał wielki, owalny mechanizm złożony z pierścieni, przekładni i paneli pokrytych znakami, które nie przypominały żadnego znanego pisma, a jednak dziwnie do siebie pasowały. Niektóre fragmenty metalu pulsowały bladoniebieskim światłem, jakby w środku wciąż krążył prąd, którego nikt nie powinien już zasilać.
„Kaja...” - Emil mówił szeptem, ale jego głos i tak zabrzmiał zbyt głośno. „To chyba jest aktywne.”
Podszedł bliżej, wskazując dłonią wąski panel ukryty przy podstawie konstrukcji. Były tam dźwignie i okrągły pierścień, gładki od dotyku, jakby wiele rąk przesuwało go przed nimi.
Kaja wyciągnęła palce, zanim zdążyła się zastanowić. Metal był lodowaty. Poruszyła dźwignię o jeden, niepozorny ząbek.
Najpierw zapadła cisza tak pełna, że aż bolała w uszach. Potem mechanizm odpowiedział niskim, głębokim pomrukiem, a niebieskie światło rozlało się po ścianach, po podłodze, po ich twarzach. Powietrze zafalowało jak powierzchnia wody. Z pierścieni wystrzeliły smugi koloru, którego Kaja nigdy wcześniej nie widziała, i w centrum konstrukcji otworzył się wir.
Portal zawył, wciągając kurz, echo i oddech Emila.
A potem z ciemności po drugiej stronie ktoś zrobił krok naprzód.