Lena i Maks znajdują w piwnicy zamknięte drzwi, które nie powinny istnieć. Za nimi czeka coś, co prowadzi ich do miejsca pełnego znaków, głosów i światła.
Lena nie znosiła śród. Zwłaszcza takich, po których zamiast wrócić do domu i zrzucić plecak w przedpokoju, musiała schodzić do piwnicy starej, czerwonej kamienicy i pomagać babci przy słoikach, kartonach i wszystkich rzeczach, których nikt nie miał już siły wynosić na górę.
Tamtego dnia i tak było gorzej, niż zwykle. Babcia akurat zawołała też Maksa, starszego brata Leny, bo sama nie chciała dźwigać ciężkich zapasów. Maks krzywił się przez całą drogę po schodach, a potem dla zabawy wyłączył i włączył latarkę, jakby piwnica była sceną, a nie miejscem pachnącym wilgocią, kurzem i starym drewnem.
Lena miała już mu coś powiedzieć, kiedy światło nagle zatrzymało się na ścianie za stosami pustych skrzynek.
— Maks… — wyszeptała.
Za skrzynkami były drzwi. Małe, żelazne, schowane tak sprytnie, że aż trudno było uwierzyć, iż mogły czekać tu od lat i nikt ich nie zauważył. Nie miały zwykłej klamki, tylko ciężką, rzeźbioną gałkę. Na metalu wiły się znaki przypominające litery, ale żadna znana Lena nie pasowała do pozostałych.
Maks przysunął latarkę bliżej. — To nie może być wejście do składziku — mruknął.
Mimo to położył dłoń na gałce i delikatnie nacisnął.
Drzwi otworzyły się bez skrzypnięcia.
Za nimi nie było kolejnej piwnicy. Był długi, ciemny korytarz, tak wąski i głęboki, jakby ktoś wykroił go w samym środku ściany. Lena ścisnęła mocniej słoik malinowego dżemu, który niosła od góry, zupełnie jak talizman. Pierwszy krok zrobiła wolno, drugi jeszcze wolniej, bo za plecami usłyszała ciche klik.
Drzwi się zamknęły.
Latarka Maksa drgnęła w jego ręce. Jej światło przesunęło się po ścianach i wtedy Lena zobaczyła malowidła: sowy z rozpostartymi skrzydłami, drzewa błyszczące jak szkło, postacie w długich płaszczach, namalowane tak żywo, jakby tylko czekały, aż ktoś na nie spojrzy.
Z korytarza powiał chłód. Gdzieś dalej zaszeleściło coś lekkiego i szybkie jak krok.
— Słyszałeś? — spytała Lena, choć od razu wiedziała, że Maks też to usłyszał.
Na końcu przejścia zamigotał błękitny blask. Najpierw słaby, potem coraz mocniejszy, aż ściany zaczęły pulsować światłem. Sowy poruszyły skrzydłami. Drzewa zaszeptały coś pod nosem. Jedna z namalowanych postaci uniosła rękę, jakby naprawdę ich dostrzegła.
Maks zamarł. — Lena… to się rusza.
W tym samym momencie błękitny krąg rozjarzył się tak jasno, że wszystko dookoła zniknęło na sekundę w białym mroku. A kiedy światło przygasło, przed nimi nie było już korytarza — tylko wirujący portal i czyjś powolny, ciężki krok rozbrzmiewający tuż za ich plecami.