Przejście pod Dworcową Bramą

Krzysiek, dwudziestojednoletni włóczęga nocnych ulic, trafia pod starą bramę dworca na przejście do świata, który nie powinien istnieć.

Krzysiek szedł bez pośpiechu, jakby noc była jedyną porą dnia, która jeszcze nie kazała mu niczego udawać. Po obu stronach ulicy stały ciemne kamienice z wybitymi oknami i zardzewiałymi kratami, a wiatr przepychał po bruku suche liście i papierowe śmieci. Dawna dzielnica dworcowa pustoszała z każdym rokiem, ale właśnie dlatego lubił tu wracać. Nikt nie zadawał pytań. Nikt niczego nie chciał.

Tamtej nocy powietrze było ciężkie i nieruchome, jak przed burzą. Kiedy minął ostatni mur porośnięty czarnym bluszczem, zobaczył stary łuk bramy prowadzącej na dawny teren towarowy. Zwykle była tylko kolejnym rozlatującym się reliktem miasta, lecz teraz pod kamiennym sklepieniem pulsowało światło. Nie rażące, nie białe. Głębokie, niepokojąco żywe, jakby coś oddychało pod samym murem.

Krzysiek zatrzymał się. Na moment pomyślał, że to reflektor albo żart chuliganów. Potem światło drgnęło drugi raz, wyraźnie, niemal cierpliwie, i z wnętrza bramy popłynął cichy szum, którego nie dało się pomylić z niczym znanym. Nie brzmiał jak prąd. Nie brzmiał jak wiatr.

Podszedł bliżej, mimo że każdy rozsądny odruch kazał mu się cofnąć. Gdy przekroczył linię cienia pod łukiem, plac po drugiej stronie zniknął.

Zamiast zniszczonego betonu rozciągał się przed nim obcy krajobraz. Purpurowe trawy falowały aż po horyzont, szklisto przejrzyste drzewa rosły w krzywych szeregach, a w oddali wznosiły się wysokie konstrukcje podobne do zamków wyciętych z dymu. Niebo miało kolor ciemnego metalu, lecz w jego głębi przesuwały się blade smugi, jakby ktoś rozlewał światło po drugiej stronie chmur. Wąska droga wiła się między trawami i znikała za linią wzgórz.

Krzysiek cofnął stopę, ale wtedy usłyszał za plecami czyjś krok.

Odwrócił się gwałtownie. Obok bramy stała postać w długim płaszczu. Kaptur zasłaniał twarz tak dokładnie, że nie widział nawet konturów oczu. Na jej ramieniu wisiał stary zegarek kieszonkowy, ciężki i ciemny, lecz wskazówki poruszały się wstecz, powoli i uparcie, jakby czas miał tu inny porządek.

Postać uniosła dłoń i wyciągnęła ją w jego stronę.

Z wnętrza przejścia dobiegł nagle głuchy huk. Ziemia pod stopami zadrżała, a purpurowe trawy po drugiej stronie poruszyły się gwałtownie, jak poruszone od dołu. Między źdźbłami zaczęły wynurzać się ciemne sylwetki, zbyt wysokie, by uznać je za ludzi, i zbyt ciche, by były zwierzętami.

Krzysiek poczuł, jak portal za jego plecami zaczyna słabnąć.

Nie miał już czasu, żeby się zastanawiać, co jest gorsze: wrócić teraz do ciemnej, pustej ulicy czy zrobić krok za ręką nieznajomej postaci, zanim brama zatrzaśnie się na dobre.