Przejście pod Dziewiątym Drzewem

Julka, Maks i Lena ruszają za starą mapą w głąb lasu i trafiają do kręgu dziewięciu drzew. Pod korzeniami dębu czeka przejście, które prowadzi ich do obcego świata.

Julka, Maks i Lena znali las za szkołą na pamięć. Przynajmniej tak im się wydawało, dopóki w bibliotece nie wpadła im w ręce stara, pożółkła mapa z miejscem oznaczonym złotą gwiazdką. Nie wyglądała jak zwykła zabawa w odkrywców. Była zbyt dokładna, zbyt dziwna i zdecydowanie zbyt stara, żeby zignorować ją tylko dlatego, że pani bibliotekarka kazała odłożyć księgę na miejsce.

Tego popołudnia weszli między drzewa z plecakami, latarką i rosnącym poczuciem, że robią coś, czego nie powinni. Słońce stało jeszcze wysoko, ale pod koronami panował półmrok, chłodny i wilgotny. Mapę co chwilę przesłaniały im gałęzie, korzenie i własne kłótnie o to, czy dziewięć drzew na rysunku miało znaczyć dziewięć sosen, czy może coś zupełnie innego. Maks uparcie liczył pnie, Lena porównywała kształt ścieżek, a Julka czuła, że im dalej idą, tym ciszej robi się wokół.

Po godzinie marszu dotarli na polanę, która wyglądała jak miejsce wyrwane z innej historii. W samym środku rósł ogromny dąb, stary i skręcony, z korzeniami wybrzuszonymi nad ziemią niczym kamienne żebra. Wokół niego stało dokładnie dziewięć drzew, ustawionych niemal w idealnym kręgu. Lena zatrzymała się pierwsza.

— To tu — powiedziała cicho.

Pod jednym z korzeni leżał szeroki, płaski kamień. Nie był zwyczajny. Na jego powierzchni wiły się drobne znaki, wyżłobione tak głęboko, jakby ktoś robił je nie dłutem, tylko paznokciem albo pazurem. Maks przykucnął natychmiast, oczy mu błysnęły.

— To nie jest przypadkowe. To musi być jakiś stary zapis.

Julka przykucnęła obok niego i odgarnęła mech. Kamień był chłodny jak lód. Przez sekundę wszyscy troje patrzyli tylko na siebie, aż Lena, po krótkim wahaniu, położyła dłoń na wyrytych znakach. Maks zrobił to samo. Julka zawahała się zaledwie oddech, po czym dotknęła kamienia razem z nimi.

Ziemia drgnęła.

Nie mocno. Najpierw tylko tyle, że poczuli to w kolanach. Potem dąb jęknął głucho, jakby coś obudziło się w jego wnętrzu po bardzo długim śnie. Między korzeniami przesunęło się czerwono-purpurowe światło, cienkie jak żyły, które nagle zaczęły pulsować pod ziemią. Powietrze zgęstniało, zrobiło się ciężkie i ostre w gardle.

Julka cofnęła rękę, ale było już za późno. Kamień rozżarzył się od środka, a pod jego powierzchnią coś zakręciło się spiralą, jakby las otworzył oko. Maks odskoczył z krótkim okrzykiem, Lena chwyciła Julkę za ramię, lecz ziemia zapadła się pod nimi bez ostrzeżenia.

Nie spadali w ciemność.

Spadali przez nagły wir barw, przez błysk zieleni, fioletu i srebra, który obracał się wokół nich jak szalony tunel. Julka miała wrażenie, że przez ułamek sekundy słyszy głosy, zbyt ciche, by rozróżnić słowa, a zbyt bliskie, by uznać je za wiatr.

Upadli ciężko na miękką ziemię.

Julka podniosła głowę pierwsza. Nad nimi nie było zwykłego nieba. Rozciągało się tam blade światło w odcieniach fioletu i zieleni, jakby zmierzch trwał od zawsze. Wokół rosły drzewa o srebrnych liściach, poruszających się bez wiatru. Las był piękny i martwy zarazem, tak cichy, że własny oddech brzmiał obco.

W oddali coś się poruszyło.

Wysoka postać stała między pniami, nieruchoma jak cień. Na twarzy miała maskę z drewna, gładką i bez wyrazu, a jednak Julce wydało się, że patrzy dokładnie na nich. Lena ścisnęła jej rękę tak mocno, że aż zabolało.

— Kto to jest? — wyszeptała.

Postać zrobiła krok naprzód, a ziemia pod ich stopami zaczęła pulsować światłem. Z każdej strony, spod korzeni i z głębi srebrnych drzew, podniósł się szmer setek szeptów. Nie brzmiały jak wiatr. Brzmiały jak ostrzeżenie.