W szkolnej piwnicy Wiktor, Lena i Kacper znajdują lustro, które nie odbija ich świata. Gdy jeden z nich je dotyka, otwiera się przejście, a ktoś po drugiej stronie najwyraźniej czekał właśnie na nich.
Wiktor zawsze pakował się w kłopoty z powodu jednej rzeczy: nie umiał odpuścić, kiedy coś wyglądało choć odrobinę podejrzanie. Tego dnia też mogło skończyć się zwykłym zaniesieniem kartonów do piwnicy, ale wystarczyło jedno spojrzenie w mrok pod szkołą, żeby poczuł znajome ukłucie w żołądku.
Pielęgniarka poprosiła jego, Lenę i Kacpra o przeniesienie starych pudeł z opatrunkami i zniszczonych krzeseł. Nic trudnego. Tylko że piwnica nie przypominała miejsca, do którego wchodzi się bez wahania. Pachniała wilgocią, kurzem i czymś jeszcze, jakby dawno zamknięte powietrze trzymało w sobie cudze sekrety. Żarówka nad ich głowami mrugała nerwowo, a cienie przesuwały się po ścianach szybciej, niż powinny.
To Kacper pierwszy zauważył, że za najstarszym regałem coś błysnęło.
— Macie to? — szepnęła Lena, gdy odsunęli stertę skrzyń i starych ławek.
Wiktor zobaczył je sekundę później. Lustro. Ogromne, okrągłe, wciśnięte w ścianę tak, jakby ktoś próbował je ukryć, ale nie zdążył. Metalowa rama była pokryta drobnymi znakami, powykręcanymi i niepokojąco równymi, jak zapis jakiegoś obcego alfabetu. Nie wyglądało jak szkolny rupieć ani jak dekoracja z przedstawienia. Wyglądało, jakby trafiło tu przypadkiem albo z bardzo konkretnego powodu.
— Nie ruszaj tego — powiedziała Lena od razu.
Ale Kacper już wyciągał rękę. Przez chwilę wszyscy myśleli, że dotknie zwykłej, zimnej tafli. Zamiast tego pod palcami poczuł ciepło.
— Co jest... — zaczął, po czym urwał.
Powierzchnia lustra zadrżała jak woda poruszona kamieniem. W odbiciu nie pojawiła się piwnica, tylko długi korytarz wykuty w szarej skale. Na jego końcu pulsowało blade, niebieskie światło, a na ścianach wiły się srebrzyste pnącza, jakby rosły tam zamiast kabli i rur.
Wiktor cofnął się o krok, lecz nie mógł oderwać wzroku. Coś w tym widoku było zbyt realne, zbyt bliskie. Jakby między nimi a tamtym miejscem nie było szkła, tylko cienka, napięta błona.
— Kacper, zabierz rękę — wysyczała Lena, ale było już za późno.
Lustro rozjaśniło się od środka. Obraz korytarza rozciągnął się, zafalował i nagle krawędź ramy zrobiła się głęboka jak otwarte przejście. Chłodne powietrze uderzyło Wiktora w twarz, niosąc zapach cytrusów, kamienia i dymu. Kacper zachwiał się i w jednej chwili zniknął po pas w migoczącej powierzchni.
— Wiktor! — krzyknęła Lena.
Nie pamiętał później, kto ruszył pierwszy. Pamiętał tylko uczucie, że jeśli się cofnie, coś gorszego wydarzy się natychmiast. Złapał Lenę za rękaw, Kacper szarpnął się do przodu, a lustro pociągnęło ich wszystkich naraz, jakby od dawna miało ich na liście.
Po drugiej stronie nie było ciemno.
Stali na kamiennej posadzce w szerokim korytarzu, którego ściany lśniły delikatnie, jak pokryte mokrym pyłem. Nad ich głowami zwisały świecące winorośle, rzucające zielonkawe refleksy na podłogę. Daleko przed nimi coś cicho pulsowało błękitem, równo i spokojnie, jak serce ukryte w skale.
Wiktor odwrócił się odruchowo.
Lustro stało za nimi jeszcze przez ułamek sekundy. Potem tafla pociemniała i zamknęła się z cichym trzaskiem, zostawiając po sobie tylko gładką, zimną powierzchnię ściany.
W tym samym momencie z mroku na końcu korytarza wysunęła się postać w ciemnej pelerynie. W jednej dłoni trzymała pochodnię, choć jej płomień nie był pomarańczowy, tylko srebrnawy, nienaturalny. Twarzy nie dało się zobaczyć, ale głos, kiedy odezwał się spokojnie, był aż za bardzo wyraźny.
— Czekaliśmy na was.