Przejście pod Starą Syreną

Siedemnastoletni Tomek i Lena schodzą do ruin starego kina, gdzie za zapadniętą podłogą czeka przejście do świata, który nie powinien istnieć.

Ruiny kina Syrena stały na końcu ulicy jak wyrwany z pamięci kadr. Miasto dawno przestało je zauważać, ale Tomek i Lena wracali tam od miesięcy, jakby między obdrapanymi murami wciąż zostało coś, czego nie dało się znaleźć nigdzie indziej.

Tego popołudnia wiatr wlókł przez pustą salę zapach wilgoci, kurzu i czegoś dziwnie słodkiego, jakby spod gruzów nadal sączył się dawny popcorn. Przez dziury w dachu wpadały wąskie pasy światła, rozcinając mrok na ostre, drżące geometryczne figury. Tomek świecił latarką po ścianach, a każdy krok po zbutwiałej podłodze brzmiał za głośno. Miał siedemnaście lat, ale w tym miejscu zawsze czuł się młodziej i bardziej bezbronnie, jakby kino umiało cofać czas.

Lena szła tuż za nim, z rękami w kieszeniach bluzy i miną kogoś, kto wolałby być gdzie indziej, ale nie zamierzał się przyznać. — Nadal myślisz o tych zaginionych projektorach? — spytała cicho.

— A ty nie? — Tomek zerknął na nią przez ramię.

Nie odpowiedziała od razu. Przesunęła palcami po pękniętej framudze i spojrzała w stronę dawnego ekranu, dziś tylko poszarpanej białej plamy na ścianie. Wtedy Tomek zobaczył coś, czego wcześniej nie zauważył: fragment podłogi za sceną różnił się od reszty, jakby ktoś wstawił go później albo próbował ukryć.

Zrobił krok w bok, potem drugi. Deska pod jego stopą odpowiedziała krótkim, głuchym trzaskiem i zapadła się bez ostrzeżenia.

Otwór odsłonił się nagle, z sykiem stęchłego powietrza. Z dołu uderzył ich chłód i ostra, metaliczna woń, tak obca, że Tomek odruchowo cofnął latarkę. Lena odsunęła się o pół kroku.

— Powiedz, że nie zamierzasz tam schodzić — szepnęła.

Tomek już świecił w dół. Pod rozbitą podłogą zamiast zasypanego korytarza widać było wąskie schody prowadzące w ciemność. Nie wyglądały na przypadkowe. Ktoś je zrobił. Ktoś je ukrył.

Zeszli ostrożnie, jeden za drugim, a korytarz pod kinem ciągnął się dalej, niż powinien. Ściany były mokre od wilgoci i pokryte znakami, których Tomek nie potrafił odczytać: gwiazdy, kręgi, powykręcane litery, jakby ktoś pisał alfabetem z innego świata. Im głębiej szli, tym ciszej robiło się wokół, aż przestało być słychać nawet ich oddechy.

Na końcu tunelu czekały drzwi.

Nie, drzwi to było złe słowo. Metalowa rama pulsowała bladoniebieskim światłem, a wypełniająca ją tafla falowała jak powierzchnia wody poruszona od środka. Tomek stanął nieruchomo. Lena podniosła latarkę, ale światło zgasło, jakby coś po tamtej stronie je połknęło.

— Tomek… — powiedziała, tym razem bez ironii.

Wyciągnęła rękę. Na moment jej palce dotknęły gładkiej, przejrzystej powierzchni, po czym zniknęły w niej bez oporu. Lena szarpnęła dłonią z cichym okrzykiem, a po drugiej stronie tafli coś drgnęło — cień, zbyt wysoki i zbyt bliski, by należeć do człowieka.

Z głębi portalu dobiegł ciężki, powolny dźwięk, jakby ktoś stawiał kroki po metalowej podłodze.

Tomek poczuł, że serce bije mu w gardle. Cień po drugiej stronie zatrzymał się tuż przy samej powierzchni i nagle cała błękitna tafla zadrżała, jakby coś właśnie próbowało ją otworzyć od środka...