Trójka nastolatków odkrywa pod starą szafą portal prowadzący do obcego świata. Na pustej łące pod trzema księżycami spotykają kogoś, kto zdaje się znać ich imiona.
Wszystko zaczęło się tego wieczoru, gdy deszcz bębnił o szyby tak mocno, jakby chciał wcisnąć się do środka razem z ciemnością. Lena, Oskar i Patryk utknęli w starym domu ciotki Oli bez prądu, bez internetu i z telefonami, które padły niemal w tej samej chwili. W salonie było zimno, a cień ogromnej szafy z lat pięćdziesiątych ciągnął się po podłodze jak plama.
Żeby nie przyznać, że robi im się nieswojo, zaczęli żartować z duchów i skrzypiących schodów. To miało ich rozbawić, ale im dłużej siedzieli w milczeniu, tym bardziej dom brzmiał tak, jakby słuchał. Wtedy Lena zauważyła coś pod szafą. Krótki błysk. Jak od szkła. Jak od czegoś, co nie powinno istnieć w ciemności.
Oskar zaklął pod nosem, kiedy z trudem odsunął ciężki mebel od ściany. Patryk oświetlał podłogę czołówką znalezioną w piwnicy, a Lena przykucnęła pierwsza. Pod drewnem nie było zwykłej szczeliny. Wąski otwór pulsował srebrzystym światłem, jak powierzchnia wody, która ktoś zamknął w ramie z kurzu i drewna.
Lena wyciągnęła rękę, zanim zdążyła się rozmyślić. Chłód uderzył ją w palce tak nagle, że aż wstrzymała oddech. Powierzchnia zadrżała, jakby coś po drugiej stronie właśnie się obudziło. Potem chwyciło ją za nadgarstek. Nie mocno. Pewnie. I pociągnęło.
– Lena! – krzyknął Oskar.
Ale było już za późno. Portal wciągnął ją bez dźwięku, a świat wokół rozpadł się na wirujące smugi światła. Patryk i Oskar rzucili się naprzód niemal jednocześnie, bo zostawić jej samej nie mogli, choć nie mieli pojęcia, dokąd tak naprawdę wchodzą. Przez ułamek sekundy spadali w ciszę, a potem ziemia uderzyła ich twardo w plecy.
Kiedy otworzyli oczy, Lena stała nad nimi na ogromnej łące pod fioletowym niebem. Nad głowami wisiały trzy księżyce, każdy w innym odcieniu blasku. W oddali rosły wysokie drzewa o liściach podobnych do szklanych talerzy, a między chmurami unosiły się kamienne wyspy, zbyt ciężkie, by mogły lewitować. Nigdzie nie było śladu domu ciotki Oli.
W trawie zaszeleściło coś powoli, ostrożnie. Zza pagórka wyłoniła się wysoka postać w srebrnej pelerynie. Nie szła szybko, a jednak z każdym krokiem wydawała się być bliżej, niż powinna. Gdy zatrzymała się przed nimi, wszyscy troje zobaczyli gładką maskę bez oczu i ust, w której odbijały się trzy księżyce.
W jej dłoni błyszczał stary klucz.
– Przybyliście – odezwał się głos, cichy i równy, ale słyszeli go jednocześnie w uszach i w głowie. – Spóźniliście się tylko o chwilę.
Lena poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Postać uniosła klucz trochę wyżej, jakby właśnie zamierzała otworzyć coś tuż za ich plecami.