Przejście pod Zielonym Zegarem

Trójka przyjaciół odnajduje ukryte drzwi pod starym zegarem w centrum miasta i trafia do miejsca, gdzie granica między prawdą a iluzją zaczyna się rozpadać.

Była niemal północ, kiedy Magda, Tomek i Lena zatrzymali się pod Zielonym Zegarem. Rynek od dawna pustoszał o tej porze, a mokre kamienie odbijały mdłe światło latarni. Stary, mosiężny mechanizm wisiał nad nimi jak niemy strażnik centrum miasta, od lat tak samo obojętny wobec ludzi przechodzących pod jego tarczą.

– Wróciłem tu nie bez powodu – szepnął Tomek, przesuwając dłonią po chłodnym murze. – Moja babcia mówiła, że pod zegarem są drzwi. Nie do piwnicy. Do miejsca, którego nie powinno być.

Magda parsknęła cicho, ale nie zdołała ukryć napięcia. Lena już klęczała przy cokole, uparcie opukując kolejne kamienie. Najpierw dźwięk był głuchy i zwyczajny, potem jeden z bloków odpowiedział pustym echem. Lena spojrzała na przyjaciół z tym swoim półuśmiechem, w którym zawsze mieszały się ciekawość i lekkomyślność, i przesunęła palcami po szczelinie.

Kamień drgnął. Potem odsunął się na bok z ledwie słyszalnym szelestem, jakby ktoś po drugiej stronie od dawna czekał na właściwy znak. W odsłoniętym otworze tkwiły niewielkie żelazne drzwi, ciemne i chłodne, ozdobione zielonym ornamentem przypominającym wijące się liście. Nie pasowały do niczego, co powinno istnieć pod zwykłym rynkiem.

– To jest niemożliwe – mruknęła Magda, ale sama usłyszała w tym głosie zbyt mało przekonania. – Pewnie jakiś stary schowek.

Lena nie odpowiedziała. Znalazła klamkę i nacisnęła ją bez wahania. Drzwi ustąpiły natychmiast, bez skrzypnięcia, bez oporu, jakby otwierały się od środka od bardzo dawna. Za nimi ciągnął się wąski korytarz, zagięty tak ostro, że nie sposób było dostrzec jego końca. Wnętrze pulsowało zielonym światłem, żywym i niespokojnym, jak oddech czegoś ukrytego pod ziemią.

Tomek uniósł wzrok. Na tarczy zegara wskazówki zetknęły się dokładnie o północy. W tej samej chwili rozległ się niski dźwięk dzwonu, ciężki i głęboki, jakby nie niósł się z wieży, tylko z samego kamienia pod ich stopami. Zielone światło pękło nagle smugami purpury i błękitu. Z korytarza dobiegł szept, tak cichy, że Magda przez chwilę nie była pewna, czy naprawdę go usłyszała.

– Tylko ci, którzy wierzą w niemożliwe, mogą przejść dalej...

Lena ruszyła pierwsza. Magda chciała ją zatrzymać, ale zanim zdążyła odezwać się choć słowem, przyjaciółka zniknęła w zielonym półmroku. Tomek spojrzał na nią pytająco. Przez ułamek sekundy miasto za ich plecami wydawało się nierealne, jak wspomnienie, które zaraz się rozpłynie. Magda zacisnęła palce na chłodnym kamieniu i skinęła głową.

Weszli.

Po drugiej stronie powietrze miało inny ciężar. Nad nimi wisiały drzewa, których korony jarzyły się własnym światłem, jakby w gałęziach uwięziono gwiazdy. Pod stopami rosły przezroczyste paprocie, a ich delikatne liście poruszały się bez wiatru. Z oddali dochodziły niskie, miękkie dźwięki, podobne do cichego śmiechu albo do szeptu słyszanych przez sen słów. Cienie między pniami drgały niespokojnie, choć nie widać było żadnego źródła ruchu.

Lena zatrzymała się pierwsza. Przed nimi, w miejscu gdzie ścieżka zwężała się między świetlistymi korzeniami, stała postać w srebrzystym płaszczu. Maska z lśniącego szkła nie miała oczu, a jednak zdawało się, że patrzyła prosto na nich. W wyciągniętej dłoni trzymała kulę, która świeciła chłodnym, pulsującym blaskiem.

– Witajcie, poszukiwacze – powiedziała melodyjnym głosem. – Zanim pójdziecie dalej, musicie zdecydować, czy naprawdę chcecie zobaczyć, co ten świat ukrywa.

Ziemia pod ich stopami lekko się poruszyła. Magda poczuła, że coś w mroku za postacią odwraca się powoli w ich stronę, choć nie mogła dostrzec, co to jest. Lena zacisnęła dłoń na krawędzi płaszcza, Tomek wstrzymał oddech, a srebrna maska uniosła się odrobinę wyżej, jakby czekała na odpowiedź, której nikt z nich jeszcze nie znał.